Big Big Train - English Electric Part Two

Artur Chachlowski,

ImageZgodnie z zapowiedziami sprzed pół roku ukazuje się właśnie druga płyta z serii “English Electric” grupy Big Big Train. Jest to kontynuacja (w żadnym wypadku nie zbiór odrzutów) sesji, która zaowocowała 3 września ubiegłego roku albumem “English Electric Part One”. Podobnie jak na tamtym wydawnictwie zespół Big Big Train zabiera nas w podróż po minionych czasach i krajobrazach rodzimej Anglii. Tym razem czyni to przy pomocy kolejnych 7 muzycznych opowieści: o stoczniowcach pracujących w doku Neptune nad rzeką Tyne, o strażniku opactwa, o dziewczynie zauroczonej pięknem motyli, o farmerach i o robotnikach – mniej i bardziej zwyczajnych członkach angielskiego społeczeństwa.

Na “English Electric Part Two” trzon składu Big Big Train tworzy sześciu ludzi. Do piątki, o której pisałem przy okazji części pierwszej, dołączył Danny Manners, który obsługuje syntezatory, gra na fortepianie, organach i na podwójnym basie. Choć występował on już na “English Electric Part One”, to najwyraźniej dopiero teraz postanowiono włączyć go do składu jako pełnoprawnego członka. Że traktowany jest na równi z resztą zespołu widać to po materiałach reklamowych nowej płyty, a także po fotografii umieszczonej wewnątrz książeczki. Tak więc dzisiaj Big Big Train to sekstet: Greg Spawton, Andy Poole, Nick D’Virgilio, Dave Gregory, David Longdon i Danny Manners. Ale muzyków, których spotykamy na “English Electric Part Two” jest zdecydowanie więcej. Jest taki utwór - otwierający całość, piętnastominutowy epik “East Coast Racer” – w którym naliczyłem aż 17 występujących w nim osób (wśród nich najbardziej znana postać to Andy Tillison z grupy The Tangent). Dziś Big Big Train to nie zwykły zespół rockowy. To rockowa orkiestra, a właściwie instytucja, która wprowadza całkowicie nową jakość w konserwatywne ramy brytyjskiego progresywnego rocka.

W muzyce Big Big Train jest coś, co intryguje, zachwyca, nęci i nie daje spokoju. Coś, co każe się zatrzymać i poświęcić trochę czasu na refleksję. Już przy pierwszym słuchaniu wwierca się w pamięć i powoduje, że nie sposób przejść wobec tych dźwięków obojętnie. Równocześnie, słuchając muzyki z nowej płyty po raz kolejny otrzymujemy dowód na to, że Big Big Train wcale nie ogląda się na mody, trendy i najlepiej sprzedające się patenty.  Ten doświadczony zespół w sposób pewny podąża własną ścieżką i niestrudzenie wytycza nowy kierunek, a chyba nawet – nie boję się tak powiedzieć – nowy subgatunek w świecie szeroko rozumianego progresywnego rocka (choć po prawdzie takie utwory, jak “Leopards”, a przede wszystkim “Keeper Of Abbeys” trudno zaliczyć do kategorii “prog rock”. Świadczy to o tym, że pomysły Big Big Train zdecydowanie wykraczają poza ramy gatunku). Propozycje zespołu opierają się na delikatnych i subtelnych dźwiękach oraz na nieskomplikowanych melodiach, ale posiadają one taki ciężar gatunkowy, że błyskawicznie zapadają w pamięć. Praktycznie wszystkie utwory osadzone są w nostalgicznej, pełnej zadumy atmosferze, ale mają w sobie moc i energię potężnego źródła, które tryska wiosenną radością i optymizmem. Jest w tej muzyce coś tak trudno definiowalnego, że właściwie trudno jest zwykłymi słowami opisać zjawisko, któremu na imię “nowa płyta Big Big Train”. Tej muzyki po prostu trzeba słuchać, słuchać jak najczęściej i delektować się jej każdym taktem, każdym dźwiękiem i każdą pojedynczą nutą. Zapewniam, że nie jest to wcale trudne. Jest ona tak wdzięczna, że właściwie “słucha się sama” i sprawia, że dosłownie już po zaledwie kilku chwilach pochłania nas całych swoją delikatną mocą. Delikatną, bo ubraną w fantastyczne brzmienia akustycznych gitar, mandolin, fletów, skrzypiec, wiolonczel, trąbek, sitaru, akordeonu i mnóstwa innych instrumentów, które nadają jej ten magiczny, typowy dla angielskiego five o’clock posmak. Stąd rodzi się ta prawdziwa moc muzyki Big Big Train. I nieważne czy ubrana jest ona w ramy długich kompozycji (otwierający płytę, wspomniany już przeze mnie piętnastominutowy utwór “East Coast Racer” to prawdziwy “killer”. Choć naprawdę nie ma w nim ani trochę agresji ani przemocy) czy krótszych (reszta trwa po około 7-8 minut) nagrań. Wszystkie one są równie piękne i udane. O, przepraszam. W gronie tych siedmiu utworów jest jeden zdecydowany faworyt. Jest nim nagranie “Swan Hunter”. To rzecz opowiadająca o ojcu głównego bohatera (słowa napisali wspólnie David Longdon i Greg Spawton) pracującym w stoczni. To utwór tak piękny i wspaniały, że… aż słów brakuje, by oddać jego prawdziwy urok. Podobnie jest w przypadku zakończenia płyty (kompozycja “Curator Of Butterflies”). Ale jako się rzekło, nie ma na tym krążku słabego utworu. Ba, nie ma na nim nawet utworu “średniej” jakości. Bo wszystkie one reprezentują wysoki i bardzo wysoki poziom. Niektóre z nich stanowią wspaniały pomost z poprzednią płytą (liczne powracające tematy, m.in. kojarzący się z genesisowskim “I Know What I Like” motyw po raz pierwszy zaprezentowany na “jedynce” w utworze “The First Rebreather”, tu powraca ze zdwojoną siłą w nagraniu “The Permanent Way”), a zarazem są ukoronowaniem długiej drogi, jaką przebył przez ćwierć wieku zespół Big Big Train. Według mnie jest on teraz na samym szczycie swoich możliwości. Choć kto wie czym jeszcze w przyszłości nas zaskoczy…?

Na koniec warto podkreślić, że obie części albumu “English Electric” łączy nie tylko tematyka i niektóre motywy muzyczne, ale i szata graficzna, edycja oraz sposób wydania. Album “Part Two” nawiązuje wprost do części pierwszej (podobna szata graficzna, trójdzielny digipak, gruba książeczka ze sztywnego, porządnego papieru, ta sama czcionka wykorzystana w druku, identyczne rozmieszczenie grafik i fotografii), otrzymujemy więc w efekcie bardzo sympatyczną parę komplementarnych albumów. Oba utrzymane są w tym samym stylu, oba prawie że bliźniaczo do siebie podobne i oba utrzymane na bardzo wysokim poziomie.

Grupa Big Big Train nie zasypia gruszek w popiele. Najwyraźniej akurat teraz ma swoje “pięć minut”. Już teraz pracuje nad swoją nową płytą. Będzie ona nosić tytuł “Station Masters” i   ukaże się na rynku w przyszłym roku. Do tego czasu zostawia nas ze stylowym, wysmakowanym duetem swoich płyt “English Electric”. Tak pięknym, ciekawym i oryginalnym, że nie sposób porównać go do niczego innego…

MLWZ album na 15-lecie