D Project

Nosound - Afterthoughts

Artur Chachlowski,

Image„Afterthoughts” to album z gatunku tych, na które się czeka. I o których mówi się długo po premierze. No bo po tak mocnym zaostrzeniu apetytów, jakie grupa Nosound zafundowała nam ubiegłoroczną EP-ką „At The Pier”, a w jeszcze w większym wymiarze – wydaną w 2009 roku płytą „A Sense Of Loss”, powstała ogromna rzesza oddanych sympatyków tego kierowanego przez tego Giancarlo Errę zespołu, która nie mogła doczekać się na to, by chłonąć każdy nowy dźwięk skomponowany przez tego niewątpliwie bardzo utalentowanego muzyka. Innymi słowy, w ostatnim czasie Nosound dorobił się w pewnych kręgach sławy zespołu kultowego, który wydając nowe płyty może liczyć na coraz większe zainteresowanie publiczności. Z rozpędu chciałem napisać „progrockowej publiczności”, ale na przestrzeni lat muzyka Nosound wyewoluowała na zupełnie nowe, rzekłbym postrockowe, terytoria (choć przypomnijmy, że debiutując w 2005 roku albumem „Sol 29” Nosound szybko dorobił się miana „klonu Porcupine Tree”). Dzisiaj formacja Giancarlo Erry to zespół idący własną drogą, wytyczający nowe kierunki, a co najważniejsze – łatwo rozpoznawalny i na wskroś oryginalny.

Płyta „Afterthoughts” powstawała przez ponad dwa lata, a na jej ostateczny kształt niewątpliwy wpływ miały istotne zmiany personalne, do których doszło w ubiegłym roku. Przede wszystkim do grupy dołączył perkusista Chris Maitland, który grał niegdyś w Porcupine Tree oraz wiolonczelistka Marianne De Chastelaine. Chwilę później, jako nowi członkowie do grupy zawitali Marco Berni (instrumenty klawiszowe) i Giulio Caneponi (perkusja), co w połączeniu z muzykami ze „starego” składu: Paolo Vigliarolo (gitary) i Alessandro Lucci (bas) oraz samym Giancarlo Errą (śpiew, gitary, instrumenty klawiszowe) dało prawdziwie zapłonową mieszankę o niespotykanym wcześniej potencjale. „W magiczny sposób nowe kompozycje, które wspólnie tworzyliśmy stawały się o wiele bardziej „bezpośrednie” i zdecydowanie mocniejsze, i to zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym” – mówi lider Nosound – „Czuję, że na nowej płycie osiągnęliśmy szczyt naszych aktualnych możliwości” – dodaje.

I rzeczywiście, album „Afterthoughts” to chyba najbardziej spójny, najbardziej dojrzały, ale i najbardziej mroczny album w dorobku grupy. Zawiera 9 równych, utrzymanych w podobnym stylu, utworów. Właściwie to tworzą one jedną, zamkniętą całość. Jednakowoż ten efekt homogeniczności działa chyba trochę w dwie strony. Bo z jednej – jest to zaleta tego albumu (że równy, że spójny, że płynny…), a z drugiej – wpływa on na pewnego rodzaju monotonię, która pojawia się przy słuchaniu. Odnoszę wrażenie, że poszczególne utwory są zbyt do siebie podobne i de facto trudno odróżnić jeden od drugiego. Nie pomaga w tym też sam Erra, który każdy utwór interpretuje wokalnie w identyczny sposób, często balansując pomiędzy śpiewem, a melorecytacją. Przy bardziej wnikliwym poznaniu zawartości płyty „Afterthoughts” udało mi się jednak wychwycić kilka jej fragmentów, które stanowią swoiste kontrapunkty w potoku tych mrocznych i nostalgicznych dźwięków. Są nimi otwierające album nagranie „In My Fears” (to zdecydowanie najmocniejszy punkt programu płyty), śpiewane częściowo po włosku „Paralysed”, finałowe wyciszenie w postaci kompozycji (prawie że) tytułowej – „Afterthought”, oraz – ten utwór objawił mi się najpóźniej – najkrótszy (4 minuty 19 sekund) temat w tym zestawie – „The Anger Song”, który z czasem zyskał sobie miano mojego prywatnego faworyta. Ale i tak wszystkie one nie stanowią rażących „pików” na tle pozostałego materiału wypełniającego najnowszy album Nosound. To po prostu bardzo jednorodna, stylowa, marzycielska, utrzymująca w swojej „równości” wysoki poziom, pozycja płytowa.

Być może pora premiery (6 maja) jest w przypadku „Afterthoughts” trochę niefortunna. Przy tak pięknie buchającej wiośnie oraz coraz dłuższych i cieplejszych dniach, może zdarzyć się tak, że ten mroczny, nostalgiczny, a chwilami wręcz melancholijny klimat muzyki Nosound może niekoniecznie przemawiać do wyobraźni odbiorcy. No, ale trudno przecież wymagać, by Giancarlo Erra czekał z premierą swojej nowej i (podkreślmy to jednoznacznie, żeby nie było żadnych wątpliwości) bardzo dobrej muzyki aż do jesieni. Bo „Afterthoughts” to niesamowicie jesienna płyta… 

MLWZ album na 15-lecie