Deep Purple - Now What?!

Tomasz Kudelski,

ImageCzłonkowie Deep Purple nie kryli rozczarowania brzmieniem płyty Rapture of the Deep. Postanowili więcej nie eksperymentować i zwrócili się do znanego producenta Boba Ezrina (odpowiedzialnego za realizację płyty takich artystów, jak Alice Cooper czy Pink Floyd).

Jak twierdzi sam zainteresowany pomysł wyprodukowania nowej płyty Deep Purple nie spotkał się pierwotnie z jego entuzjazmem.  Dał się jednak przekonać, aby zobaczyć zespół na żywo i podobno instrumentalne umiejętności zespołu przekonały go do podjęcia tego zadania. Ezrin był wobec zespołu brutalnie szczery: Jeżeli myślicie, że granie riffów jest obecnie modne to jesteście w błędzie.  Nie zrobię z was współczesnego i modnego zespołu, ale pomogę wam zrobić taki album, który wyeksponuje wasze umiejętności.

Niewątpliwie Now What?! jest najlepiej brzmiącym i najlepiej wyprodukowanym albumem w historii Deep Purple. Przy czym w odróżnieniu od innych produkcji Boba Ezrina, które miały często sterylne brzmienie jak np. Division Bell (Pink Floyd), nowy album Deep Purple przekonuje naturalnym żywym i rockowym soundem uzyskanym dzięki nagraniu płyty na żywo w studio. Warto wiedzieć, że producent został również uwzględniony jako współkompozytor wszystkich utworów na płycie - w historii zespołu to zdarzenie bez precedensu.

Jaka jest to płyta? To album, który uwypukla wszystko to, co obecny skład Deep Purple ma najlepsze do zaoferowania, ukrywając w miarę możliwości jego mankamenty. Stylistycznie płyta oferuje charakterystyczny dla obecnego wcielenia Deep Purple muzyczny eklektyzm. Mamy zatem wybuchową mieszankę rocka z domieszką folku, jazzu, bluesa, funku oraz progresji.   

No właśnie, jeżeli płyta czymkolwiek zaskakuje, to właśnie zbliżeniem do estetyki rocka progresywnego, bliskiej sercu zarówno Steve’a Morse’a oraz Dona Aireya. Nie oznacza to jednak, że Deep Purple przestało brzmieć jak Deep Purple. Bo nawet progresywne wycieczki instrumentalistów mieszczą się w ramach stylu, do jakiego obecny skład Deep Purple już nas przyzwyczaił.  Pojawiające się twierdzenia, że Deep Purple zaczęło brzmieć jak Emerson Lake & Palmer jest mimo wszystko oparte na mocnym nieporozumieniu.  Całe podobieństwo do tego zespołu sprowadza się do brzmienia syntezatorów Aireya w utworze Uncommon Man. Nawet tytuł prawdopodobnie jest nawiązaniem do utworu Fanfare For the Common Man Aarona Copelanda, która to kompozycja była wykonywana przez trio Emerson Lake & Palmer. Sam zaś riff w tym utworze z powodzeniem mógłby wyjść spod ręki Blackmore’a zarówno w późnym Deep Purple (pewne odległe podobieństwo do utworu Anya) czy później w Blackmore’s Night.

Na odrębną uwagę zasługuje Ian Gillan.  Wiadomo, że głos 68-letniego wokalisty obniża się i jest coraz słabszy w wyższych rejestrach.  Jednak na płycie brzmi on wciąż bardzo dobrze.  Bob Ezrin wykorzystał wszystkie atuty ciepłego, niskiego tonu głosu Gillana nie forsując go zbytecznie. Tam gdzie potrzebna była rockowa moc uzyskana ona została poprzez nałożenie kilku ścieżek lub cyfrową modulację dającą bardzo udany efekt.

Słychać też wyraźnie, że z wiekiem Ian Gillan łagodnieje.  Wystarczy zresztą posłuchać jego ostatnich płyt solowych, które w większości przynoszą bardzo stonowany materiał.  Ten trend dominuje też na nowej płycie Deep Purple. Jeżeli więc ktoś poszukuje na Now What?! hardrockowej galopady, to powinien raczej sięgnąć po płytę Toolbox Gillana z 1992 roku.  Zresztą sama akcja marketingowa wytwórni porównująca płytę do Perfect Strangers i Made In Japan wprowadza chyba więcej zamieszania. Bo nawet członkowie zespołu mają problem, aby wytłumaczyć związek Now What?! z tymi albumami.

Również gra Steve’a Morse’a, krytykowana często za technicznie bezduszną, jest na tej płycie stonowana i po prostu ładna, bliższa jest stylistyce Purpendicular niż późniejszych albumów. Choć są też jego ulubione fragmenty „cyrkowo-karkołomne”, jak wstęp do Apres Voux czy końcówka Vincent Price.  Nigdy zresztą brzmienie Morse’a nie zostało równie dobrze wkomponowane w brzmienie całego zespołu. 

Tak jak na dwóch poprzednich albumach kluczem do sukcesu pozostaje jednak gra Dona Aireya.  Bo niewątpliwie to on jest osobą, która w największym stopniu kładzie swoje piętno na tej płycie. Umiejętnie łączy on klasyczne brzmienia organów Hammonda oraz syntezatorów nadając muzyce zespołu podniosły, epicko-filmowy charakter.  Nie od dzisiaj wiadomo, że Don Airey jest wielbicielem „festyniarskich” syntezatorów, jednak na tej płycie jego klawiszowe zapędy, jakkolwiek bardziej widoczne niż na poprzednich płytach, nie przekraczają niepotrzebnie granicy obciachu, no może poza celowo stylizowanym utworem Vincent Price, który świadomym „obciachem” jest.

Na końcu kilka słów o sekcji Paice - Glover.  To w zasadzie element, który w tym zespole nigdy nie zawodzi.  Brzmienie perkusji jest potężne i głębokie jak nigdy dotąd. Gra Iana Paice’a staje się jednak z wiekiem coraz bardziej swingująco-jazzująca, co daje muzyce Deep Purple natychmiast rozpoznawalny drive i lekkość, ale momentami brakuje w niej rockowej mocy i uderzenia, które wzmocniłoby ostrzejsze sekwencje.  Tak więc na nowej płycie nie uświadczy się perkusyjnej kanonady, z której Paice słynął w latach 70.

Płytę otwiera kompozycja A Simple Song. Żadna płyta w historii Deep Purple nie zaczynała się tak łagodnym folkowym gitarowym wstępem z emocjonalnym śpiewem Gillana. Można powiedzieć, że to trochę tak jak zaczynało się Fools. Po dwóch minutach niespodziewanie wchodzi cały zespół z klasycznym hardrockowym graniem opartym na riffie przywodzącym na myśl kompozycję You Fool No One. I ten bulgoczący Hammond Aireya w tle, który wywołuje szybsze bicie serca…

Weirdistan to cięższe rockowe granie rodem jak z płyty Abandon połączone z upojnie melodyjnym refrenem i bardzo udaną częścią instrumentalną: najpierw Airey w klasycznie progresywnej syntezatorowej solówce, a potem ładne orientalne solo Morse’a. Ostatnie refreny to majstersztyk produkcyjny Ezrina. To co dzieje się w tle „pod” śpiewającym „it is beautiful” Gillanem, po prostu raduje uszy muzyczną symfonią polifonicznych dźwięków.

Trzeci utwór, Out Of Hand, to chyba najmocniejszy utwór płyty.  The Battle Rages On meets Rapture Of The DeepPotężne riffy podlane orientalnym sosem przez Aireya.  Śpiew Gillana przywołujący w zwrotce manierę wokalną Ozziego Osbourna. 6 minut mija jak z bicza strzelił.

Kolejny kawałek to znane z singla Hell To Pay. Tutaj wzbogacone o długie solo Aireya oparte o motyw basowy znany z Mandrake Root wznosi ten utwór na zupełnie inny poziom. Trudno zrozumieć dlaczego dla potrzeb promocji radiowej, utwór został pozbawiony jego najciekawszego fragmentu.

Bodyline to funkujący kawałek oparty na interesującym rytmie Paice’a podobnym do wykorzystanego wcześniej w Rosa Cantina z płyty Purpendicular. To raczej takie bardziej typowe granie Purpli z okresu z Morsem, niepozbawione jednak uroku i melodyjnego refrenu.

Above And Beyond to utwór, którego fragment tekstu „Souls having touched are forever entwined” (dusze dotknięte zostają na zawsze splecione) stanowi hołd dla Jona Lorda. Utwór z mocno przełamanym progresywnym riffem obudowany fascynującym bogactwem brzmień Dona Aireya. Folkowy śpiew Gillana ustawiony w kontrze do riffu daje bardzo interesujący efekt.

Blood From The Stone to bluesowo-jazzująca kompozycja z ciężkim refrenem porównywana do The Doors ze względu na wykorzystanie przez Dona Aireya elektrycznego pianina Wurlitzer. Znowu świetny jest tu Gillan śpiewający niskim przejmującym głosem.  Partia basu nawiązuje zaś do innej purpurowej kompozycji - You Keep On Moving.

Uncommon Man to kolejny tzw. „progresywny” kawałek poprzedzony długim intro będącym w istocie fragmentem koncertowej improwizacji Morse’a oraz wstępem do When A Blind Man Cries.  Fanfarowe brzmienie riffu przywodzi na myśl dokonania Emerson Lake & Palmer, choć i tak nie jest to tak obciachowe brzmienie, jak te którymi zadręcza ostatnio swoich słuchaczy Keith Emerson. Ale później kompozycja uzyskuje typowo purplowe brzmienie. W środku jest arcyciekawa improwizacja Aireya – był to pierwszy tajemniczy fragment płyty, który ujawniony został przez zespół kilka miesięcy temu.

Apres Voux zaczyna się jak potężna progresywna rakieta, aby po chwili przejść w takie trochę lepsze Abandon. Jednak w części środkowej pojawia się znowu „progresywna” improwizacja na bazie zapętlonego motywu basowego i super swingującej sekcji wzbogaconej perkusyjnymi samplami.

All The Times In The World wszyscy już chyba znają. Wersja płytowa jest ostrzejsza i  prezentuje się znacznie lepiej niż singlowa. Zwraca uwagę dodatkowa partia bardzo ładnie brzmiącej gitary.

No i na koniec Vincent Price.  Utwór, którego tematem są tanie horrory.  Don Airey współpracował swego czasu z Osbournem i postanowił przenieść na chwilę Deep Purple do czasów komiksowej uroczej stylistyki płyty Bark at the Moon. Świetny śpiew Gillana zmodulowany przez Ezrina również nawiązuje do stylu Księcia Ciemności. Utwór kończy rozdzierający wrzask Gillana, jedyny taki na płycie. Jakby sugerował: myślicie, że nie dam już rady?. ..

Wersja limitowana albumu Now What?! zawiera również dodatkowy utwór It Will Be Me. Jest to cover Little Richarda. Jedyny utwór na płycie beznadziejnie zagrany i kompletnie nieuzasadniony, a wymuszony przez wytwórnię zgodnie z obowiązującą doktryną grania coverów.  Ale proszę, Deep Purple i covery?!!! Dodatkowo, niemieccy klienci sieci Media Markt nabywając płytę dostają również możliwość ściągnięcia dodatkowej kompozycji First Sign of Madness. Ten szybki rock and roll jest lepszy niż It Will Be Me, ale nie na tyle dobry by żałować, że nie znalazł się na zasadniczej płycie. Znając jednak praktykę wytwórni Edel, można oczekiwać, że za kilka miesięcy pojawi się wersja tour edition gdzie kolekcjonerzy będą mogli zasponsorować zespół nabywając ją po to, by mieć w jednym wszystkie te dodatki.

Tak więc, pomimo obaw „dziadki z Deep Purple” wciąż dają radę.  Na pewno wartość płyty Now What?! w dużym stopniu podnosi jej brzmienie i produkcja. Co cieszy, nie ma na niej utworów słabych. Nawet gorsze kompozycje typu  Bodyline czy Apres Voux zawierają mnóstwo świetnego grania.

Czy można się do czegoś przyczepić? Można. Nie ma na płycie żadnej kompozycji, którą można by bezwarunkowo zaliczyć do purpurowego kanonu -  od początku do końca wybitnej, choć najbliżej ideału zbliża się Out of Hand i Above And Beyond czy urzekający swą kiczowatością Vincent Price. Kilka utworów zostało niepotrzebnie skróconych lub nie pozwolono im się do końca rozwinąć. W ten sposób ucierpiały A Simple Song, Above And Beyond oraz Vincent Price.  Vincent Price jest w ogóle kompozycją, gdzie można mieć zastrzeżenia do poczynionych przez zespół rozwiązań aranżacyjnych, które nie do końca dobrze ze sobą współgrają, psując trochę końcowy efekt tej naprawdę dobrej kompozycji.

Również można zauważyć pewną rywalizację pomiędzy coraz bardziej progresywnymi Morsem i Aireyem z jednej, a Gillanem, który preferuje prostsze rockowe i spokojniejsze formy, z drugiej strony. Czasami ta rywalizacja prowadzi do ciekawych efektów jak w Above And Beyond, ale też, jak w przypadku Apres Voux, do rozwiązań artystycznie wątpliwych.

Naprawdę szkoda było tych 8 lat milczenia, bo taka płyta i kolejne mogły pojawić się wcześniej. Zespół twierdzi, że utwory powstają ze wspólnych improwizacji i istnieje niepisana zasada, że nikt nie przynosi swoich „gotowców”.  Spekulowano, że będzie to już ostatni album Deep Purple. Udzielający obecnie chętnie wywiadów członkowie zespołu rozwiewają te spekulacje twierdząc, że na emeryturę się nie wybierają,  zapowiadając dalszą współpracę z Bobem Ezrinem.

Wszystko wskazuje na to, że album ten będzie dla zespołu również sukcesem komercyjnym. Jeżeli zatem zdrowie dopisze, wszystko wskazuje, że doczekamy się 20. płyty w dorobku Deep Purple.

Niewątpliwie panowie wydali swój najciekawszy od czasów Purpendicular album.  Nie ma Blackmore’a i so what? Słuchając ostatnich propozycji Blackmore’s Night można śmiało powiedzieć, że to nawet może dobrze, że nie ma…

Płyta została dedykowana Jonowi Lordowi.  I jeżeli on gdzieś tam jej słucha, to ma dużo powodów do radości.  
MLWZ album na 15-lecie