Pain Of Salvation - Scarsick

Artur Chachlowski,

ImageŻeby uniknąć jakichkolwiek nieporozumień od razu zaznaczę, że grupę Pain Of Salvation bardzo poważam i cenię jej, przynajmniej niektóre, muzyczne produkcje. Cenię ją za ciekawe pomysły, za misterny sposób, w jaki produkuje swe kolejne płyty, za wyrazistość, za ugruntowaną popularność wśród licznej rzeszy fanów, za talent jej lidera Daniela Gildenlowa oraz za to, że każdym kolejnym albumem mocno elektryzuje słuchaczy i krytyków.

Przez skórę czuję jednak, że zaraz narażę się wielu Czytelnikom, wśród których wiem, że znajduje się sporo oddanych na zabój sympatyków Pain Of Salvation. Wiem, że spora ich część należy do grona fanów typu „die hard” i z reguły przyjmują oni w bezkrytyczny sposób to wszystko, co tylko stworzy Daniel Gildenlow i spółka. Jednak z całym szacunkiem dla grupy Pain Of Salvation sądzę, że nie należy ona do świętości, których szargać nie wolno. Dlatego będę szczery aż do bólu: nowy album „Scarsick” to długimi chwilami płyta bardzo chaotyczna, nieuporządkowana i, jak to często w przypadku tego zespołu bywa, zbyt „zakręcona”. Niektórzy ten „nieuczesany” charakter muzyki Pain Of Salvation uważają za zaletę, ja jednak nie zgadzam się z nimi. Jest więcej niż pewne, że będą tacy, którzy będą bronić tego albumu i wychwalać jego zalety. Ileż to razy naczytałem się onegdaj peanów na temat poprzedniego „dzieła” zespołu – płyty „Be” (2004). Dlatego śmiało spytam: czy jest dziś jeszcze ktoś, kto z prawdziwą przyjemnością jest w stanie słuchać tej płyty „od deski do deski”? Chyba tylko garstka najbardziej zapalonych ortodoksów. Skłamałbym jednak, gdym powiedział, że „Scarsick” jest równie nudnym i nieudanym wydawnictwem, jak „Be”. O ile w przypadku poprzedniej płyty zespół Pain Of Salvation potrzebował aż trzech kwadransów, by wreszcie na dobre wystartować, to na „Scarsick” ten czas jest odrobinę krótszy. Już w... 35 minucie pojawia się utwór „Kingdom Of Loss”, którego słucha się z dużą przyjemnością. I o ile w przypadku „Be” przez pierwsze 40 minut nie działo się NIC godnego uwagi, to trzeba przyznać, że na „Scarsick” od początku dzieje się sporo, a że w tej muzycznej obfitości przeważa chaos, to już zupełnie inna sprawa. No bo jakże inaczej nazwać to, co można usłyszeć w dwóch nagraniach otwierających płytę: tytułowym „Scarsick” oraz „Spitfall”? Chaos, chaos i jeszcze raz chaos... Przerost formy nad treścią. Ni to rap, ni to metal. Ni to grunge, ni to hard rock. Trochę ciekawiej, bo nieco liryczniej (po wysłuchaniu dwóch pierwszych utworów rozbolały mnie uszy) robi się w kontrowersyjnym, jeżeli chodzi o tekst, utworze „Cribcaged”, ale bałagan zaraz powraca w dość komercyjnie brzmiącym utworze „America”. Nieporządek wymieszany z kakofonią elementów pseudoamerykańskiego rocka. Wiem, że miała to być satyra i krytyka wszystkiego co amerykańskie, ale, na Boga, pytam: po co? Czy to brak instynktu samozachowawczego, czy raczej zamierzona parodia? Jeżeli to drugie, to nieudana. Ale obawiam się, że w grę wchodzi raczej ta pierwsza ewentualność. A już to co dzieje się w utworze „Disco Queen” woła absolutnie o pomstę do nieba. Zespół wije się w tym nagraniu jak piskorz na slalomowym stoku. Zespół nie może się zdecydować czy brzmieć jak Sisters Of Mercy, czy raczej jak Bee Gees. Mam wrażenie, że do tego momentu na płycie grupa Pain Of Salvation parodiuje, krytykuje i prześmiewa się z pewnych zjawisk socjologicznych. A ja znowu pytam się: po co?! Czemu zespół nie pozostanie sobą i nie skoncentruje się na tym, co potrafi robić najlepiej - na grze w swoim prawdziwym „PoS-owskim” stylu? Tym bardziej, że  w drugiej części płyty zespół pokazuje, że naprawdę to potrafi. W ogóle druga połowa „Scarsick” jest o wiele ciekawsza. Wspomniany już przeze mnie utwór „Kingdom Of Loss” to chyba najlepsze 7 minut na całym albumie. Po nim mamy całkiem niezłe nagranie „Mrs. Modern Mother Mary”, wyróżniający się „Idiocracy” oraz lekko transowo-metalowy „Flame To The Moth”. No i jest jeszcze finał całej płyty w postaci kompozycji „Enter Rain”, w której zespół wreszcie demonstruje pełnię swego potężnego brzmienia. To kompozycja, w której pojawia się powiew epickości i w której słychać, że jak się naprawdę postarają, to potrafią zagrać na prawdziwie wysokim poziomie.

Przykro mi to mówić, ale płytą „Scarsick” grupa Pain Of Salvation znowu mnie nie przekonała. Nieporządek, „zabrudzone” brzmienie, chaotycznie pojawiające się pewne tematy, melodie przenikające się ze sobą bez sensu i powodujące poczucie bałaganu i kakofonii. Nie byłbym jednak sprawiedliwy, gdybym nie zauważył, że szczególnie druga połowa płyty prezentuje się nieźle i że są na „Scarsick” przebłyski ogromnych możliwości zespołu. Jest ich co najmniej kilka („Kingdom Of Loss”, „Enter Rain”, „Idiocracy”), co czyni ten album zdecydowanie lepszym od poprzednika. A więc progres jest. Ale elementów tych jest jednak zbyt mało, by choć po części dorównać pamiętnemu albumowi „The Perfect Element I” (2000). Szkoda, że grupa Pain Of Salvation zarzuciła ten cykl. Jego pierwsza część pokazała, że zespół potrafi wznieść się na wyżyny i dawała spore nadzieje na kolejne dobre odcinki.

Według materiałów udostępnionych przez zespół, „Scarsick” miał być albumem, „którego konspekt dotyczy porównywania problemów i symptomów współczesnego społeczeństwa z problemami i symptomami człowieka jako jednostki ukształtowanej przez to społeczeństwo”. Przyznacie, że brzmi to jak niezły bełkocik. Zastanawiam się po co ta wieczna pseudofilozofia, która zawsze musi towarzyszyć produkcjom Pain Of Salvation? Czy choć raz zespół nie mógłby porzucić tych przeintelektualizowanych dywagacji i nagrać porządnej płyty, zorientowanej na solidne i zrozumiałe przez zwykłego śmiertelnika dźwięki i tematy? Mam wrażenie, że oto w grupie Pain Of Salvation mamy potężnego, gotowego do krwiożerczego skoku lwa, który jednak cały czas szamoce się zamknięty w klatce swoich nietrafionych pomysłów. I od czasu do czasu serwuje nam potworki, takie jak „Be” i „Scarsick”. Niestety.

Na koniec jeszcze jedna mała dygresja. Daniel Gildenlow, jeszcze przed wydaniem „Scarsick” opisując swój najnowszy album, powiedział tak: „Mam nadzieję, że jeżeli ktoś kocha Bena Afflecka, Fates Warning, George’a W. Busha, Paris Hilton, nowe filmy z Bondem, Oasis i „Władcę pierścieni” w adaptacji Petera Jacksona, ten znienawidzi płytę „Scarsick””. Well, well, well...  Wprawdzie nie targają mną tak skrajne uczucia, jak miłość do przytoczonych tu postaci, ani uczucie nienawiści, nawet w stosunku do średnio udanej płyty Pain Of Salvation, to muszę szczerze przyznać, że zdecydowanie więcej pozytywnych emocji towarzyszyło mi w trakcie podziwiania barwnych fotografii eksponujących wdzięki Paris niż przyglądaniu się mało estetycznej okładce płyty „Scarsick”, a „nowe bondy” i przygody drużyny Frodo Bagginsa przeżywałem z zapartym tchem mocno wciśnięty w fotel z wrażenia. O nowej płycie grupy Pain Of Salvation tego samego niestety powiedzieć nie mogę.

MLWZ album na 15-lecie