D Project

Lizard - Master & M

Paweł Świrek,

ImageOd poprzedniej płyty zespołu Lizard pt. Spam” minęło już dobre 7 lat. Tyle zespół kazał nam czekać na kolejny album. Podobnie jak na płytach „Spam” oraz „Psychopuls” mamy na nowym krążku, który nosi tytuł „Master & M”, kilkuczęściową opowieść. Tym razem podzielona jest ona na pięć ponumerowanych rozdziałów, a każdy zatytułowany jest „Chapter I”, „Chapter II” itd. Jak widać, zespół nie popisał się zbytnio inwencją w tytułach. Za to zdecydowanie większą paletą interesujących pomysłów popisał się lider i autor tekstów, Damian Bydliński, głównie w warstwie literackiej. Bo jak łatwo się domyśleć, teksty oraz tytuł płyty w pewnym stopniu bazują na powieści Michaiła Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”.

Tak jak na poprzednich albumach wszystkie słowa zostały napisane w języku polskim. Z jednej strony to dobrze, bo promujemy ojczysty język, ale minusem tego rozwiązania jest fakt, iż taka muzyka, jaką proponuje zespół Lizard, jest bardziej popularna na Zachodzie niż w Polsce, a tam teksty pisane w naszym języku są niezrozumiałe. W porównaniu z poprzednimi płytami zmienił się nieco skład zespołu – w Lizard zostali jedynie wokalista, który od dłuższego czasu jest też gitarzystą – Damian Bydliński - i basista Janusz Tanistra. Towarzyszą im trzej nowi muzycy. Ale o nich za chwilę.

Najpierw o muzyce. Na „Master & M” znajdujemy równie zakręcone kompozycje, jak na wcześniejszych płytach. Mamy tu w zasadzie kontynuację tego, co zespół rozpoczął blisko dwie dekady temu. Może nieco brakować tu swoistego oddechu czy wpuszczenia lżejszego powietrza w postaci krótszych kompozycji, ale czy to jest na jakiś minus? Pamiętam jak jeszcze w czasach albumu koncertowego („Noc żywych jaszczurów”) jeden z klientów w sklepie Rock Serwis spytał się: „Czy to jest Kombi?”. Fakt, tembr głosu Damiana bardzo przypomina śpiew Grzegorza Skawińskiego z dawnych lat, ale styl gry zupełnie nie ten i sposób ekspresji też nie taki. Ten fakt jednoznacznie przemawia za tym, że do Lizardu idealnie pasują rozbudowane kompozycje. Drugą ku temu przesłanką jest fakt, iż ta pochodząca z Bielska-Białej grupa mocno stylizuje się na muzyce lat 70. spod znaku m.in. King Crimson i UK, a przecież te zespoły lubowały się w mocno rozbudowanych kompozycjach. Kolejną zmianą w stosunku do wcześniejszych płyt jest brak skrzypiec – grający na nich Krzysztof Maciejowski odszedł jeszcze przed nagraniem tej płyty. Za to pojawił się drugi gitarzysta – Daniel Kurtyka. Dzięki temu mamy dużo mistrzowskich solówek gitarowych. Odmieniona częściowo sekcja rytmiczna również daje się poznać z jak najlepszej strony. Aleksander Szałajko nie gra aż tak ekspresyjnie jak niegdyś Mariusz Szulakowski, również trochę inaczej stroi i nagłaśnia bębny, co od razu daje się rozpoznać. Efekt nie jest zły. No i jest jeszcze w Lizard nowy keyboardzista – Paweł Fabrowicz, który bardzo dobrze wkomponował się w zespół.

Początek płyty jest dość liryczny i w miarę spokojny, jednak po kilku chwilach zespół mocno podkręca tempo i zaczyna się kilkunastominutowa (prawie 14!) prawdziwa jazda bez trzymanki. „Chapter I” to świetny początek albumu. Drugi rozdział lizardowej opowieści rozpoczyna się śpiewem acapella. Jest to wyraźny ukłon w stronę Genesis sprzed 40 lat. Przecież „Dancing With The Moonlit Knight” rozpoczyna się w niemal identyczny sposób. Nawet pomysł na tę kompozycję jest nieco zbliżony, tylko brzmienia bardziej zakręcone. W trzecim rozdziale pojawiają się dźwięki przypominające bałałajkę. Brzmienie to znakomicie wplata się w całą kompozycję, której niektóre fragmenty mogą się kojarzyć chociażby z utworem „Bez litości”. Nie brakuje tu licznych rymowanek i gier słownych znanych z wcześniejszych płyt zespołu. Zresztą w ogóle warto podkreślić, że warstwa tekstowa to bardzo mocna strona tego albumu. Utwór „Chapter III” jest bardzo mocnym ukłonem w stronę muzyki funky. Chwilę uspokojenia mamy w rozdziale czwartym („Chapter IV”). Ta jedna z dwóch najkrótszych (7 minut 7 sekund) w tym zestawie kompozycji doskonale pasuje do wieczornej aury. Na uwagę zasługuje regularnie wybijany rytm perkusji, a także lekko jazzujące brzmienia klawiszy. Natomiast ostatnia część albumu „Master & M” powala zmiennymi nastrojami. W trakcie kilkunastu minut jej trwania można usłyszeć liczne brzmienia przypominające mellotron, co jest silnym ukłonem w kierunku wczesnych kompozycji zespołu (np. z debiutanckiej płyty „W galerii czasu”). Jest to też najbardziej pompatyczny utwór na całej płycie.

Pomimo sporych różnic pomiędzy poszczególnymi utworami, gdy się ich słucha jednym ciągiem, od razu daje się zauważyć, że wszystkie one tworzą jedną spójną całość. Dlatego myślę, że naprawdę warto było tyle lat czekać na kolejną płytę grupy Lizard. Ale jeszcze lepiej by było zobaczyć ten zespół na żywo. Podobno jest na to szansa po wakacjach. Na koniec powiem tak: kto choć raz przesłucha płytę „Master & M” – na pewno nie będzie zawiedziony i będzie chciał do niej wracać jak najczęściej. 

www.lynxmusic.pl

MLWZ album na 15-lecie