Fughu - Human-The Tales, Fughu - Human-The Facts

Artur Chachlowski,

ImageO grupie Fughu usłyszeliśmy po raz pierwszy przy okazji jej płytowego debiutu „Absence” z 2009 roku. Robertowi Węgrzynowi, który na naszym portalu recenzował ten album, tak bardzo spodobała się muzyka tego zespołu, że aż chciał przeprowadzić się do Argentyny – ojczyzny muzyków tworzących ten progmetalowy kwintet ;-). Myślę, że prawdziwą światową popularność przyniosła grupie Fughu wspólna trasa koncertowa z Dream Theater. Wydarzenie to z pewnością nobilitowało młodych Argentyńczyków w progmetalowej społeczności. Myślę też, że najnowszy album, a właściwie dwa nowe albumy, które teraz Fughu pokazuje światu, na pewno przyczynią się do jeszcze większego wzrostu ich popularności.

Dwie płyty wydane w tym samym czasie… W historii rocka były już takie eksperymenty. Kończyły się one różnym skutkiem. Jak będzie tym razem? Czas pokaże. Ale nie powinno być źle, bo nowa muzyka Fughu naprawdę może się podobać. Odnotujmy więc najważniejsze fakty: tego samego dnia ukazały się dwa nowe, pełnowymiarowe albumy grupy Fughu zatytułowane odpowiednio: „Human-The Tales” oraz „Human-The Facts”. Łączy je pierwszy człon tytułu. Łączy je też styl: dojrzały, skrzący się ciekawymi pomysłami, czasami zahaczający o eksperyment, czasami porywający swoim polotem. Nowatorski i burzący gatunkowe stereotypy. Posiadający w sobie spory ładunek emocjonalny i całkiem sporą ilość, może niezbyt melodyjnych, ale w sumie dość dobrych utworów. Obie płyty nie są zbudowane na zasadzie kontrastu i przeciwieństw. Są raczej swoim wzajemnym uzupełnieniem. Jak dwa kawałki mozaiki, jak dzień i noc, jak jing i jang. Utwory opowiadają o różnych aspektach człowieczeństwa, o emocjach, o depresji, zadają odwieczne pytania i szukają uniwersalnych odpowiedzi.

ImageAle przecież nie sama tematyka jest tu najważniejsza. Przede wszystkim liczy się muzyka. A ta, jako się rzekło, to rasowy progresywny metal z delikatnymi odcieniami psychodelii i space rocka, z dość często stosowanymi elementami… rockowej opery. A to głównie za sprawą głosu Santiago Bűrgi, którego ekspresja niejednokrotnie zdradza wyraźne inklinacje do operowego śpiewu. Na szczęście żadna z tych płyt nie przypomina zwykłych progmetalowych rąbanek, od których aż roi się na rynku. Fughu gra wyrafinowaną muzykę, pełną finezyjnych zagrywek, a przy tym, bardzo, bardzo różnorodną. Muzykę dla wyrobionego słuchacza, który ceni sobie zróżnicowaną, acz z zastosowaniem odpowiednich proporcji, „cywilizowaną” twarz prog metalu. Albumy „Human-The Tales” i „Human-The Facts” to łącznie prawie 90-minutowa dawka rzetelnie zagranej ciężkiej odmiany rocka. Ale nie takiej, od której puchną uszy, lecz takiej, która zmusza do aktywnego słuchania, a także do głębszej refleksji.

Na koniec wspomnijmy kto tworzy grupę Fughu. Na gitarach gra Ariel Bellizio, na perkusji – Alejandro Lopez, na basie – J.M. Lopez, na instrumentach klawiszowych – Marcelo Malmierca, a śpiewa „najlepszy męski operowy głos w muzyce rockowej od czasów Freddie Mercury’ego” - Santiago Bűrgi. Wśród swoich największych muzycznych idoli panowie wymieniają Deep Purple, Megadeth, Iron Maiden, King Crimson, ELP, VdGG, Kiss, Queen i Davida Bowie. Dorzuciłbym do tego grona jeszcze trzy nazwy: Dream Theater, Symphony X oraz Pain Of Salvation. Echa twórczości ich wszystkich wyraźnie pobrzmiewają w muzyce Fughu. Ach, i jeszcze jedno. Argentyńczycy do nagrania swoich nowych płyt zaprosili czwórkę gości: gitarzystę Jeffa Kollmana oraz troje wokalistów – Geę, Dario Schmuncka oraz naszego dobrego znajomego… Damiana Wilsona. Zaśpiewał on w jednym utworze – „Quirk Of Fate” na płycie „Human-The Facts”. 

MLWZ album na 15-lecie