White Kites, The - Missing

Artur Chachlowski,

ImageThe White Kites to młoda warszawska grupa założona w 2011 roku. Czerpie głównie z tradycji brytyjskiego rocka z przełomu lat '60-'70 (Genesis, Pink Floyd, Robert Wyatt, The Zombies), lecz w autorskich piosenkach zespołu można odnaleźć również wpływy folku, musicalu, a nawet muzyki dawnej. Działają w składzie: Sean Palmer – śpiew, Bartek Woźniak – gitary, Przemek Piłaciński – gitary, efekty, instrumenty perkusyjne, Jakub Lenarczyk – instrumenty klawiszowe, Paweł Betley – flet, Piotr Olszewski 'Diabelsky Bassdeluxe' – gitara basowa oraz Jakub Tolak – perkusja.

„Zabieramy Was w podróż prosto do świata pełnego fantazji i niespodzianek. Świata epickich opowieści, pełnych humoru i absurdu muzycznych skeczów i skromnych, zwiewnych ballad. Świata wypełnionego dźwiękiem przesterowanych gitar, głębokim brzmieniem organów oraz kojącymi frazami fletu i melotronu” – tak mówią o swojej muzyce zachęcając potencjalnych słuchaczy do zatrzymania się w krainie swoich muzycznych dźwięków.

Album „Missing” (jego premiera nastąpiła 14 października 2013) to cykl muzycznych opowieści podejmujących temat nieustannych życiowych poszukiwań rzeczy ważnych - miłości, tożsamości, przygody, pokrewnej duszy, nowych lądów... Wszystko to podlane jest nutą brytyjskiej rockowej psychodelii z elementami folku, w formie pełnych uroku i nostalgii piosenek, pełnych odniesień do takich wykonawców, jak Pink Floyd, Beatles, Frank Zappa, Tim Buckley, Robert Wyatt czy wczesnego (bardzo!) Genesis.

Tych piosenek jest aż 12. Nie trwają one długo. Zwykle po około 3-4 minuty. Mają postać utworów o nieskomplikowanej strukturze (chociaż niekiedy, jak na przykład w „Turtle’s Back”, mamy do czynienia z prawdziwie odlotową, dłuższą psychodeliczną sekcją instrumentalną). Niewątpliwym atutem zespołu jest wokal Seana Palmera. Brzmi on jak skrzyżowanie Elvisa Costello z Tonym Pattersonem (to wokalista współpracujący m.in. z Johnem Hackettem) z delikatną nutą Davida Bowie i Tima Buckleya.

Muzycznie płyta, acz utrzymana w stylowym brzmieniu retro, jest bardzo różnorodna, pełna brzmieniowego kolorytu, zmieniających się nastrojów i licznych muzycznych smaczków. Co najważniejsze jednak, trzyma ona poziom od pierwszej do ostatniej (51.) minuty. Z punktu widzenia wykonawczego absolutnie nie ma się tu do czego przyczepić, a poszczególne kompozycje mienią się niezwykle rozległą paletą nastrojów i kolorów. Ogromna w tym zasługa grającego na instrumentach klawiszowych Jakuba Lenarczyka, który odpowiedzialny jest za skomponowanie całej muzyki oraz za produkcję płyty. Duże brawa! Podkreślić też trzeba niezwykłej urody, mieniącą się tysiącem barw okładkę autorstwa Anety Popiel-Machnickiej. Projekt graficzny to spora wartość dodana tego wydawnictwa.

Gdy w drugiej połowie lat 70. grupa ELO okupowała szczyty list przebojów, John Lennon powiedział podobno, że gdyby Beatlesi nadal istnieli, to brzmieliby jak ten zespół. Po którymś z kolei wysłuchaniu płyty „Missing” do głowy przyszła mi taka, być może ciut karkołomna myśl: kto wie, czy gdyby zespół The Beatles mógł funkcjonować w XXI wieku, nie brzmiałby tak właśnie jak The White Kites na swoim debiutanckim krążku...

A więc, panie, panowie, chłopcy, dziewczęta. Porzućcie swoje troski i trudy codziennego dnia. Dołączcie do nas, przejdźmy wspólnie do innej rzeczywistości i posłuchajmy razem albumu „Missing”. Warto!

PS. Równolegle z płytą „Missing” ukazał się singiel „Love Songs” zawierający zgodnie z tytułem dwie miłosne piosenki: „Love Doctor” oraz „Evening Walk” (zwracam uwagę na świetny wokalny duet Seana Palmera z Olą Bilińską!). Żadnego z tych utworów nie znajdziemy na płycie albumie „Missing”, więc tym bardziej warto postarać się, by wejść w posiadanie tego unikatowego krążka.

MLWZ album na 15-lecie