Flower Kings, The - Desolation Rose

Andrzej Rafał Błaszkiewicz,

ImageRoine Stolt obecny jest na progresywnej scenie już od 40 lat. To szmat czasu, a jego artystyczna droga jest bardzo bogata i piękna. Zaczynał jako gitarzysta w kultowej formacji Kaipa, nagrał kilka solowych albumów, zaangażowany jest m.in. w projekty Agents Of Mercy i szalenie popularny w naszym kraju Transatlantic. Czytelnicy MLWZ znają na pamięć każdą z wielu muzycznych historii Roine’a oraz sylwetkę samego muzyka. Zebrało mnie na melancholijną refleksję, gdyż mam przed sobą najnowszy krążek The Flower Kings „Desolation Rose”. To już jedenasty studyjny album w dorobku zespołu, który od lat jest w ścisłej światowej progresywno-rockowej czołówce.

Właściwie to co nowego mogę napisać o nowej propozycji fonograficznej The Flower Kings ponad to, co już napisano i wypowiedziano wielokrotnie? Charakteryzując nową płytę TFK można określić ją jednym stwierdzeniem, że prawie wszystko jest jak dawniej, po staremu, bez zmian. Sięgając po tegoroczne dzieło Kwiatowych Królów możemy mieć pewność, że dostaniemy solidną porcję progresywnego rocka, wyprowadzoną w prostej linii z brzmień obowiązujących i modnych w latach 70. The Flower Kings to formacja grająca klasycznego progresywnego rocka we współczesnych realiach. Ten osobliwy konglomerat wpływów Yes, King Crimson, ze sporą domieszką Genesis, owiany duchem twórczości Franka Zappy, przynosi wciąż zaskakujący efekt. Brzmienie The Flower Kings to bezustannie pulsujący tygiel pełen różnorakich, często leżących na przeciwległych biegunach stylistyk. Roine Stolt wraz ze swoimi przyjaciółmi zakochany jest w klasycznym brzmieniu prog rocka i z uporem maniaka kontynuuje szlachetną tradycję grania w stylu złotej epoki tego gatunku. Trzeba przyznać, iż wychodzi im to znakomicie, a efekt zdumiewa słuchacza, trzymając go w napięciu przez cały czas trwania nagranego właśnie materiału muzycznego.

„Desolation Rose” wyraźnie różni się od poprzedniego albumu „Banks Of Eden”. Zespół nie proponuje nam tym razem rozbudowanych, wielowątkowych kompozycji trwających ponad 25 minut. Cała struktura nowego albumu to jedna suita podzielona na 10 solidnych, bardzo zwartych opowieści. Najdłuższy z utworów, otwierający album „Tower One” trwa „zaledwie” 13:39, reszta oscyluje w przedziale czasowym od 3,5 minuty do 8 minut. Piszę o tym dlatego, że bywało w przeszłości tak, iż Roine uszczęśliwiał nas kompozycjami trwającymi znacznie dłużej. Prywatnie dla mnie to rozkosz, kiedy mogę dać nura w otchłań niekończącego się oceanu dźwięków, być smagany falami lekkich i ulotnych melodii. Te znienawidzone przez niektórych krytyków dłużyzny bardzo mi odpowiadają.

Słuchając „Desolation Rose” odnoszę wrażenie, że jestem na prywatnym przyjęciu u Stolta, a jego muzyczny dwór oddaje się wielkiemu jamowaniu. Takie skojarzenie towarzyszy mi od samego początku mojej przygody z TFK. Od zawsze sprawiała radość mojej duszy ta gęstwina dźwięków, ten klimat lekko filmowy, ilustracyjny, będący czymś w rodzaju słuchowiska. Nie inaczej jest na najnowszej płycie. TFK należy do grona zespołów, które dają mi tę pewność, że gdy sięgnę po nowy materiał, to nie doznam zawodu. Ten magiczny świat TFK ma też swoje wady, które jasno widać na tak skonstruowanych płytach jak ten ostatni album. Jeśli Roine decyduje się na złożenie materiału w jedną nierozerwalną całość, wtedy nie potrafię wyróżnić jakiegokolwiek utworu, żadna z kompozycji się nie wyróżnia. Natomiast jeśli któryś z albumów TFK ma konkretną i długą suitę, wokół której kręci się reszta materiału, zawsze ten długas zapada w pamięć. „Desolation Rose” należy do grupy albumów, które chłonie się w całości, bez wyróżniania żadnego z utworów. Przynajmniej tak to czuje piszący te słowa. Olbrzymią zaletą takiej sytuacji jest fakt, iż nie można przejść obojętnie obok najnowszego dzieła TFK. Słuchacz zmuszony jest poświęcić tej płycie znacznie więcej czasu, pochylić się nad istotą treści w niej zawartych, przeżyć tę muzykę, zasymilować ją w sobie, przemyśleć. „Desolation Rose” niesie ze sobą same zalety. Możemy mieć pewność, że żadna z zamieszczonych na niej kompozycji nie będzie wycierać list przebojów i playlist w stacjach radiowych. Roine Stolt wymyślił sobie już przed laty, że jego muzyka będzie ozdobą kolekcji płytowych ludzi, którzy cenią sobie szlachetność melodii, czar wirtuozerii ponad szlagierową popularność i przebojowość. Ja za to kocham całym sercem muzykę wychodzącą spod pióra Roinego Stolta i TFK.

„Desolation Rose” została wydana w kilku formatach. Dla zagorzałych fanatyków mojego pokroju mamy zestaw dwóch płyt winylowych i dwóch płyt kompaktowych, zaś zwykli dokumentaliści i kronikarze mogą zaopatrzyć się w digipack jedno- lub dwupłytowy wydany tylko na CD. Polecam waszej uwadze ten drugi, dodatkowy dysk zawierający kompozycje, którym nie dane było zaistnieć w podstawowym zestawie. Znajdziecie tam kilka urokliwych fragmentów. Całość tego dodatkowego CD to jeden wielki jam. Album jak zawsze wydany został z wielkim pietyzmem przez niemiecką oficynę Inside Out. Muzyka nagrana jest starannie według analogowych schematów zaczerpniętych z lat 70., co nadaje jej charakteru i kapitalnego brzmienia.

Najnowszy krążek TFK został nagrany w składzie: obdarzony stoickim spokojem Roine Stolt – śpiew i gitara, obdarzony genialnym i niebywale mocnym głosem Hasse Fröberg – śpiew i gitara, zawsze kreatywny czarodziej czarno-białych klawiszy Tomas Bodin – instrumenty klawiszowe oraz sekcja rytmiczna: Jonas Reingold – gitara basowa i Felix Lehrmann – perkusja.

Moim zdaniem najnowsze dzieło TFK nie zrewolucjonizuje współczesnej sceny artrockowej, ale z pewnością będzie jej cenną ozdobą, która przez długie lata nie zatraci swego blasku. Polecam ten album tym, którzy nad wszystko ubóstwiają niczym nieskalaną muzykę podaną w sporej dawce oraz kochają się w nią zanurzać wielokrotnie. Zapewniam, że satysfakcja gwarantowana.

MLWZ album na 15-lecie