Yes - Heaven & Earth

Aleksander Gruszczyński,

ImageOd wydania albumu "Fly From Here" minęły 3 lata i już wkrótce z półek kusić zacznie kolejna okładka autorstwa Rogera Deana. Okładka dość uboga, ale mnie zachwycająca. Już samo to zachęca mnie do kupienia tej płyty. Zawartość muzyczna też pozytywnie zaskakuje.

Wielu fanom grupy Yes wiadomość, że miksem "Heaven & Earth" zajmie się Billy Sherwood zmroziła krew w żyłach. Pojawiły się obawy, że dostaniemy gniota na poziomie „Open Your Eyes”. Na szczęście jest znacznie lepiej. Nie tak, że wpływów Sherwooda wcale nie słychać, ale zdecydowanie nie jest źle.

W warstwie kompozycyjnej (ale nie brzmieniowej!) można "Heaven & Earth" określić jako mieszaninę "Tormato" z latami 80. i to niekoniecznie w wydaniu Yes. Nie ma na płycie utworów długich, jak na "Fly From Here", ale też daleko im do standardów radiowych (najkrótszy, "It Was All We Knew", trwa niecałe 4,5 minuty, ale średnia przekracza 6,5 minuty).

Fragmentami bywa słabo, ale jeśli już przebrniemy przez wstęp do takiego "Step Beyond", to reszty słucha się bardzo przyjemnie. Co ważne, miks jest dobry i żaden z instrumentów nie ginie w tle. Ale po kolei.

Album otwiera "Believe Again" - utwór, który równie dobrze mógłby znaleźć się na którejś z płyt Asii. Praktycznie od początku kluczowe są tu klawisze i wokal. Jon Davison ma głos podobny do Jona Andersona, ale na warszawskim koncercie wyraźnie było słychać różnicę. Tutaj momentami można mieć wrażenie, że śpiewa Anderson z czasów „Tormato”. Solidne otwarcie solidnej płyty. Potem nadchodzi "The Game" jakby wzięte z czasów późnego Trevora Rabina (okres "Talk"), prosty, nieco dyskotekowy rytm refrenu i niezbyt skomplikowany tekst mógłby nawet stać się całkiem popularny, ale jednak 7 minut to nieco zbyt dużo, żeby dostać miejsce w radiu. W tym utworze panuje gitara, chociaż jak wspomniałem nieco nie w stylu Howe'a.

"Step Beyond" to chyba najsłabszy utwór na płycie. Wstęp wzięty z wesołych lat dziewięćdziesiątych, rytmika także nawiązuje do czasu „otwierana oczu”. Dostajemy chórki i śpiewanie na głosy tak charakterystyczne dla Yes w czasie, gdy pierwszy raz odwiedzał Polskę. Na szczęście w połączeniu z resztą albumu nie boli to tak bardzo jak by mogło. Szczególnie, że następny utwór to "To Ascend". Brzmi jak kompozycja Howe'a z Davisonem. Delikatna, płynąca swoim spokojnym rytmem, przywodząca na myśl ballady Transatlantic. Na pewno znajdą się tacy, którzy powiedzą, że jest to próba zastąpienia obecności Andersona - może i tak, ale mi to nie przeszkadza, bo utwór jest naprawdę dobry.

Jeśli chodzi o nagranie "In A World Of Our Own”, to nie kojarzy mi się zanadto z niczym. I nie jest to w żadnym wypadku wada! Rytmiczne otwarcie drugiej części płyty, tej bardziej progresywnej, solówka Howe'a w końcówce. Kolejny solidny kawałek na płycie. Jak wspomniałem, druga część płyty jest bardziej progresywna. "Light Of The Ages" to długi, harmonijny wstęp i wejście Jona Davisona przypominające "We All Need Some Light" Transatlantic. Jest to na pewno jedna z najlepszych kompozycji na "Heaven & Earth", delikatna i spokojna i na pewno bez słyszalnych wpływów Sherwooda. Na takie Yes na pewno nie będę narzekał. Szczególnie jeśli będzie dostarczał także takich utworów jak "It Was All We Knew". Jak już wspomniałem, jest to najkrótszy utwór na płycie, moim zdaniem posiadający spory potencjał radiowy. Łatwo wpadający w ucho refren, interesujący początkowy riff basowy i gitarowe intro, a jednocześnie progresywna nuta. Ja lubię takie utwory i ten jest zdecydowanie moim ulubionym na płycie.

A wszystko kończy chyba najbardziej progresywna kompozycja z "Heaven & Earth", czyli "Subway Walls". Najdłuższa, prawie 9,5 minuty, najbardziej rozbudowana instrumentalnie i solowo i w ogóle dużo „naj”. Celowo nie wchodzę w szczegóły, bo naprawdę przyjemnie się tego słucha i nie chcę tej przyjemności nikomu psuć.

Jeśli miałbym podsumować "Heaven & Earth" jednym słowem, to powiedziałbym, że jest to płyta równa. Trzyma wysoki poziom od początku do końca, bez wyraźnych tąpnięć, nawet te słabsze fragmenty nie są bardzo złe. Dla mnie jest to na pewno płyta lepsza niż "Fly From Here", chociaż nadal do poziomu "Magnification" jest daleko. Tym niemniej myślę, że warto było czekać na tę płytę, bo lata lecą i kto wie, być może będzie to ostatni studyjny album Yes, jaki trafi w nasze ręce.
MLWZ album na 15-lecie