Świta, Agnieszka - Sleepless

Artur Chachlowski,

Image9 czerwca ukazał się solowy album Agnieszki Świty. Naszej rodaczki, która kilka lat temu szczęśliwym zrządzeniem losu spotkała na swej drodze artystycznej Clive’a Nolana i stała się gwiazdą dwóch jego rockowych musicali „She” oraz „Alchemy”. Choć ten drugi projekt wciąż żyje swoim własnym życiem (m.in. w sierpniu wystawiony będzie w Jermyn Street Theatre na londyńskim West Endzie), to Agnieszka od pewnego czasu koncentrowała się nad swoim solowym repertuarem.

W jednym z wywiadów, który przeprowadziliśmy dla MLWZ.PL równo rok temu Agnieszka powiedziała tak: „Obecnie pracujemy nad moim solowym albumem. Clive będzie producentem, keyboardzistą i autorem tytułowego utworu”. I tak właśnie jest. Na krążku wydanym przez Festival Music Agnieszce towarzyszy nie tylko Clive Nolan, ale i znany z grupy Jump basista Andy Faulkner, członek nominowanej do nagrody Grammy grupy Dragon Force, Dave Mackintosh (perkusja), a na gitarach gra Steve Harris z zespołu Ark. Jak widać, to doborowe towarzystwo, można rzec, że absolutna czołówka brytyjskiego rocka. Jeżeli dodam, że całość została nagrana w słynnym Thin Ice Studio pod czujnym okiem Karla Grooma, to mamy już pełny obraz tego, z płytą jakiego pokroju mamy do czynienia.

„Ten album jest jak moje lustrzane odbicie” – mówi Agnieszka – „Wszystko, czego kiedykolwiek doświadczyłam, teraz znalazło swoje ujście w postaci muzyki, która opowiada historie, zarówno nutami, jak i słowem. Słuchać mojej płyty to tak, jakby poznać mnie naprawdę”. Zatem nie pozostaje nam nic innego, jak poznać naszą Agnieszkę jeszcze lepiej. Tak naprawdę.

„Sleepless” to 10 utworów i 50 minut bardzo dobrej rockowej muzyki. Mamy tu szeroką paletę środków artystycznego wyrazu. Przeciwstawienie rozbudowanych akcentów klawiszowych i epickich orkiestracji delikatnym partiom fortepianu, czy ciężkich gitar i gęstej od dźwięków sekcji rytmicznej akustycznym, wręcz lirycznym fragmentom, jest podstawą konstrukcji całej płyty. No, a nad wszystkim króluje ten głos. Głos doskonale znany miłośnikom talentu naszej rodaczki. Równie piękny, równie wspaniały, jak w „She” i „Alchemy”. Niby podobnie artykułowany, z delikatną teatralną manierą, ale też jakby trochę inny. I choć artystyczną pieczę nad całością trzymał Clive Nolan, to wyraźnie daje się wyczuć, że od pierwszej do ostatniej minuty, to właśnie Agnieszka jest w centrum uwagi. Ona tu dominuje, ona wyznacza kierunki i to ona w końcowym efekcie jest „matką sukcesu”, bo o płycie „Sleepless” niewątpliwie trzeba mówić w kategorii sukcesu właśnie.

Całość rozpoczyna się od przebojowego numeru „Something To Believe”. Niesprawiedliwym byłoby to, gdyby świat nie dostrzegł ogromnego potencjału tego utworu, choć z drugiej strony nie zdziwię się, gdy tak się nie stanie. Wszak nie od dziś wiadomo, że świat (szczególnie muzyczny) rzadko bywa sprawiedliwy. Następnie mamy na płycie trzy osobne utwory, zebrane w jeden cykl opatrzony wspólnym podtytułem „Cosmo”. Najbardziej przekonywująco wypada spośród nich „Asylum” ze swoim łatwo wpadającym w ucho refrenem. Następnie na płycie pojawia się dostojny mieniący się nastrojami – od delikatnych akustycznych dźwięków we wstępie, poprzez ładną partię syntezatorów oraz genialne gitarowe solo, a na podniosłym finale skończywszy, utwór „Borderland”. To jeden z najprzyjemniejszych fragmentów albumu. Z kolei „Trapped” to dawka ciut cięższego, ale nieprzekraczającego granic, rocka na płycie. „Scarlet” to bardzo przyjemna ballada, „Back To Life” to kolejny solidny rockowy numer, w „In Her Arms” zachwycają orkiestracje, oniryczne chóralne partie oraz ładna melodia refrenu (to też może być przebój!), a kończące płytę nagranie „Sleepless”, które jest kompozytorskim dziełem samego Clive’a Nolana, jest prawdziwie epickim podsumowaniem całości. To taka wisienka na torcie, z wokalnym popisem Agnieszki i keyboardowymi wstawkami pachnącymi brzmieniem a’la Arena.

„Sleepless” to udane wydawnictwo. Można powiedzieć, że jak na solowy album, to debiut – marzenie. Agnieszka zaprezentowała się na nim jako dojrzała, choć wciąż młoda i dająca nadzieję na kolejne eksplozje talentu, artystka. Myślę, że może być ona, a wraz z nią tysiące sympatyków jej głosu, dumna i zadowolona z efektów swojej pracy. Dzięki „Sleepless” widzimy w Agnieszce nie tylko śpiewającą aktorkę i odtwórczynię ról napisanych przez kogoś innego. Teraz rozbłysła ona pełnym blaskiem, jako autorka, kompozytorka i naprawdę świetnie śpiewająca dziewczyna. Wreszcie mamy okazję poznać ją naprawdę…

MLWZ album na 15-lecie