Monarch Trail - Skye

Artur Chachlowski,

ImageZ dalekiej Kanady dotarła do nas płyta grupy Monarch Trail. Premiera albumu „Skye” ma szansę odbić się szerokim echem wśród progresywnej społeczności. Bowiem sam zespół, a przede wszystkim wypełniający program płyty materiał zdecydowanie wyróżniają się (pozytywnie!) na tle pojawiających się tu i ówdzie debiutanckich dzieł początkujących artystów.

Tak, album „Skye” to rzecz powyżej przeciętnej. Wybijająca się zdecydowanie ponad „średnią statystyczną” tak zwanych młodych wykonawców progresywnych. Lider formacji, keyboardzista i wokalista Ken Baird, ma już wprawdzie w swoim dorobku kilka solowych płyt (pierwszą wydaną w 1996 roku), ale dopiero teraz, w wyniku udanej wcześniejszej współpracy z basistą Dino Verginellą i perkusistą Chrisem Lamontem założył zespół, który debiutuje właśnie albumem zatytułowanym „Skye”. Na płycie słyszymy jeszcze dwóch gościnnie występujących gitarzystów (John Mamone, Kelly Kareliuk) oraz znanego nam ze swojej solowej płyty „La La La: Variations On A Happy Song” Steve’a Cochrane’a, który podjął się masteringu i finalnego miksu materiału wypełniającego program albumu „Skye”. A składają się na niego zaledwie cztery kompozycje. Wszystkie są dziełem Bairda i w związku z tym, że jego syntezatory (oraz jego głos) zdecydowanie dominują na tym wydawnictwie, byłbym nieomal skłonny nazwać „Skye” jego solowym przedsięwzięciem, ale z tego, co wiem panowie Verginella i Lamont mają podobno włożyć swój wkład kompozytorski w drugi album. Ale to dopiero przyszłość. Dziś mamy w ręku pierwsze „dziecko” kanadyjskiej grupy. Na „Skye” słyszymy, że zespół potrafi czerpać najlepsze wzory z dalekiej przeszłości (kłania się grupa Rush z okresu płyt „A Farewell To Kings”, „Hemispheres” i „Permanent Waves”), z czasów bardziej współczesnych (brzmienia a’la IQ, The Flower Kings i Transatlantic), a nade wszystko próbuje samodzielnie znaleźć swoje miejsce w szeregu działających obecnie licznych młodych grup progresywnych.

Jak już wspomniałem, Monarch Trail swoim debiutem zdecydowanie wybija się ponad przeciętność i budzi ogromne nadzieje na przyszłość. Dojrzałe, krystalicznie czyste brzmienie, bezbłędne wykonanie oraz świetne pomysły melodyczne – to największe atuty tej płyty. Każda z czterech kompozycji, aczkolwiek utrzymane są one w tym samym, dobrym, neoprogresywnym stylu, jest inna i posiada inne walory. „Luminescence” to pompatyczne wprowadzenie w świat muzyki Monarch Trail. Świat wypełniony bogactwem dźwięków, zmianami tempa i nastrojów, ze świetną nastrojową sekcją instrumentalną. Baird przedstawia się tu jako świetny keyboardzista (liczne melotronowe sample i bogate, dojrzałe brzmienia syntezatorów), ale i jako bardzo kompetentny wokalista, obdarzony ciepłym, ciekawym głosem.

Ze swojego śpiewu czyni też atut w utworze nr 2: „Silent World”. Może nie tak przekonywującym, jak otwierająca płytę kompozycja, ale wypełnionym równie ciekawymi, wpadającymi w ucho melodiami oraz licznymi podniosłymi partiami melotronów.

Utwór nr 3 to instrumental „East Of Fifty”. Najkrótszy (6 minut 11 sekund) na płycie, z obecnymi tu echami jazzrockowej improwizacji, ale nigdy nieprzekraczający bariery zgrabnej melodyki, której bezbłędne wyczucie upatruję jako jeden z największych atutów tej płyty i przejawów ogromnego talentu kompozytorskiego Kena Bairda.

Ostatni na płycie to 20-minutowy progrockowy epik jak się patrzy. To muzyczna opowieść o tytułowej bohaterce – dziewczynie imieniem Skye, której wizerunek widnieje na okładce płyty. Autorką projektu graficznego jest Annette Roche. To ona nadała imię tej postaci i ona zainspirowała Bairda do napisania ciekawej epickiej historii, prześledzenie której polecam na stronie internetowej zespołu. Ale tekst tekstem, najlepiej broni się jednak muzyka. „Sky Above The Sun” to prawdziwy majstersztyk, jedno z najwspanialszych artrockowych muzycznych arcydzieł 2014 roku. Geniuszu tej kompozycji nie da się oddać słowami (są takie chwile, że muzyka musi przemawiać sama za siebie i żadne mniej czy bardziej utarte sformułowania nie powiedzą o niej całej prawdy – to właśnie taki przypadek). Rozmach, umiejętnie dawkowana dramaturgia, wspaniale narastający nastrój, genialne instrumentalne wstawki (gitary akustyczne, 12-strunowe, elektryczne), powracające tematy, wszechobecne melotrony i cudowne melodie wokalne zaśpiewane w mistrzowski sposób przez Bairda… Czyż potrzeba czegoś więcej? Fenomenalna kompozycja. Tak jak i cała płyta. Polecam!

MLWZ album na 15-lecie