D Project

Reed, Robert - Sanctuary

Artur Chachlowski,

ImageRoba Reeda wszyscy doskonale znamy. Najlepiej chyba z grupy Magenta, której od lat jest motorem, sterem, żeglarzem i okrętem, a nade wszystko głównym dostarczycielem materiału wypełniającego już – aż trudno w to uwierzyć – sześć dotychczasowych studyjnych płyt tego zespołu. Jak wiemy, wcześniej (jeszcze w latach 90.) działał on grupie Cyan, a w międzyczasie spełniał się w kilku swoich autorskich projektach, z których najbardziej znane to Kompendium i Chimpan A.

W ciele Reeda czai się niespokojny duch. Spowodował on właśnie, że mamy oto w naszych rękach jego kolejne muzyczne „dziecko” – płytę niezwykłą, absolutnie wyjątkową i… wręcz do bólu przewidywalną. Ale od samego początku takie było założenie. Album zatytułowany „Sanctuary” to nic innego jak muzyczne nawiązanie do słynnych „Dzwonów rurowych” Mike’a Oldfielda. Podobno to ten, wydany w 1973 roku album zainspirował Reeda do tego, by na poważnie zająć się muzyką. Dzięki niemu stał się on profesjonalnym muzykiem. I dzisiaj, płytą „Sanctuary” składa on swój własny, prywatny hołd Oldfieldowi…

Wszystko na tym krążku jest podobne do „Tubular Bells”, wszystko w jakiś sposób powiązane jest z tym dziełem, wszystko logicznie, stylistycznie i merytorycznie nawiązuje do legendarnej produkcji sprzed lat. A więc po kolei: płytę „Sanctuary” wypełniają dwie dwudziestominutowe kompozycje zatytułowane, oczywiście, „Part 1” i „Part 2”. Reed gra na wszystkich instrumentach. Podkreślmy: na żywych i prawdziwych instrumentach, bez używania sampli czy dźwięków generowanych z komputera. Na okładce widnieje zresztą lista kilkudziesięciu instrumentów wykorzystanych przez muzyka do nagrania tej płyty. Wśród nich są nawet… dzwony rurowe. Nie mogło być inaczej. Co jeszcze? Oczywiście klimat płyty. „Sanctuary” to epicka podróż w krainę magicznych dźwięków utrzymanych w stylu wielkiego dzieła Oldfielda. Chwilami nożna się złapać na tym, że wydaje się jakby słyszało się kilka skradzionych z tamtego albumu motywów. Ale Reed stara się unikać cytowania. Buduje wszystko sam od podstaw, po swojemu, wymyśla swoje melodie, potęgując i rozbudowując ich aranżację wraz z każdą upływającą minutą. A swoją gitarą czaruje dokładnie tak jak zawsze robił to (i robi nadal) Mike Oldfield. Czego jak czego, ale brzmienia gitar udało mu się skroić „pod Oldfielda” wręcz idealnie. Kolejny pomost łączący „Sanctuary” z „Tubular Bells” to osoba producenta, Tony’ego Newmana. Przed laty od Oldfielda, a teraz od Reeda otrzymał on carte blanche i uczynił z tego albumu prawdziwego „młodszego brata” „Dzwonów rurowych”. No i wreszcie okładka. Wprawdzie inna, ale i kolorystyką i prostotą symboliki bez wątpienia nawiązuje ona do „Tubular Bells”.

Co różni obie te płyty? Na „Sanctuary” nie usłyszymy głosu Reeda. Nie ma więc tu sekwencji będącej odnośnikiem do pamiętnego wymieniania nazw kolejnych instrumentów, jak było to w przypadku płyty Oldfielda. Ale nie znaczy to wcale, że w ogóle nie usłyszymy tu partii wokalnych. Reed zatrudnił chór Synergy Vocals, który znamy chociażby z Kompendium, podobnie jak panią Angharad Brinn (kto jej nie pamięta, odsyłam do utworu „Lilly” na płycie „Beneath The Waves”), która swoim anielskim głosem wykonuje przewspaniałe wokalizy.

„Sanctuary” to bardzo osobista płyta Roberta Reeda (tak właśnie podpisuje się on na okładce. Nasz bohater to już nie Rob, jak na płytach Magenty, a prawdziwie „dorosły” Robert). Chyba najbardziej osobista z jego wszystkich dotychczasowych. Jak ją ocenić? Czy jest to zwykły pastisz wydanego przed ponad 40 laty jednego z najsłynniejszych albumów w historii muzyki rokowej? Czy raczej próba przełożenia sentymentu i emocji na dźwięki? Czy muzyczny świat zachwyci się pomysłem, który sprawdził się już kiedyś i wyniósł Mike’a Oldfielda do panteonu sław? Czy raczej lekceważąco wzruszy ramionami i powie, że „Sanctuary” to po prostu odgrzewane kotlety? Jak będzie, nie wiem. Jedno jest pewne: wobec tego albumu nikt nie przejdzie obojętnie. Będzie można być nim oczarowanym, albo go zignorować, a autora płyty pochwalić, albo zganić. Ale żeby wyrobić sobie opinię trzeba tej płyty koniecznie posłuchać. Jeden raz, drugi i trzeci… A potem – zapewniam Was o tym! - będzie się kręcić w Waszych odtwarzaczach już bez przerwy.

MLWZ album na 15-lecie