Steve Rothery Band - Live In Rome

Artur Chachlowski,

ImagePod koniec września ma ukazać się pierwszy studyjny solowy album gitarzysty grupy Marillion, Steve’a Rothery’ego. Lecz kilka tygodni wcześniej światło dzienne ujrzała koncertowa płyta firmowana jako Steve Rothery Band pt. „Live In Rome”, będąca rejestracją pewnego występu w rzymskim klubie Cross Roads. Na scenie, obok głównego bohatera, pojawili się następujący panowie: grający na gitarze Dave Foster (pamiętamy go z formacji Mr So & So), basista Yatim Halimi (Panic Room), pianista grupy RanestRane, Riccardo Romano oraz grający na perkusji Leon Parr. Ten ostatni to ex-pałker grupy Mr So & So, a także – to ciekawostka – członek składu Marillion, który wiosną tego roku, pod nieobecność Iana Mosleya, wystąpił w trakcie słynnego progresywnego rejsu statkiem wycieczkowym „Cruise To The Edge”.

Dlaczego mamy do czynienia z tą tak dziwną sekwencją dwóch płyt tego samego artysty wydanych w niewielkim odstępie czasu? Steve Rothery wyjaśnia to w następujący sposób: „Pomysł wyszedł od wytwórni Inside Out. Początkowo chciałem wydać tylko studyjny album „The Ghost Of Pripyat”, ale koncertowy materiał z Rzymu tak bardzo wszystkim się spodobał, że nie było odwrotu. Zdecydowałem się więc wydać najpierw „Live In Rome”, a dopiero później płytę studyjną. Przyznaję, że to dość nietypowe, ale był to wyjątkowy koncert, pojawili się na nim różni goście, a poza tym miał on wymiar historyczny, ponieważ graliśmy ten materiał na żywo dopiero drugi raz”.

No właśnie, skoro było to dopiero drugie wykonanie, to albo materiał ten został dobrze przećwiczony w studiu, albo Steve, sam będąc wielkim (nie tylko gabarytami, a trzeba przyznać, że pokaźnie rozrastają się one u niego z roku na rok) gitarzystą, zgromadził wokół siebie nie byle jakich muzyków. A i goście, o których wspomniał w powyższej wypowiedzi, to niezwykle utalentowani wokaliści. Tak, bo choć podstawowy program płyty „Live In Rome” wypełnia sześć instrumentalnych kompozycji, to dodatkowy krążek zawiera utwory zagrane podczas tego samego koncertu na bis. A były to m.in. nagrania z wczesnego dorobku grupy Marillion zaśpiewane przez włoską artystkę Manuelę Milanese („Waiting To Happen”, „Sugar Mice”) oraz jej rodaka Alessandro Carmassiego („Cindirela Search”, „Easter”). Gwoli uzupełnienia tego wątku, na płycie „The Ghost Of Pripyat” gościnnie mają podobno pojawić się takie tuzy, jak Steve Hackett, Steven Wilson czy Don Airey. Można powiedzieć, że będzie to istna śmietanka towarzyska, albo też – w połączeniu ze składem Steve Rothery Band – prawdziwy dream team muzyki progresywno-rockowej.

Wróćmy jeszcze na chwilę do albumu koncertowego i do premierowych nagrań instrumentalnych. Jest ich na płycie sześć; wszystkie długie, rozbudowane (w przeważającej większości każde z nich trwa ponad 10 minut), pełne progresywnej ekspresji i przesycone klimatem wielkiego muzycznego święta. Zagrane bez niepotrzebnego zadęcia, bez szaleństwa, ale ze sporym wyczuciem smaku. Wykonane we wspaniały sposób i pozwalające talentowi Steve’a na świecenie pełnym blaskiem. Czasem żałuję, że takich soczystych i długich (jak na przykład w utworze „The Old Man Of The Sea”) solówek ze świecą szukać na płytach jego macierzystego zespołu. Ale widocznie tak ma być i kropka. Obecnie muzyka Marillion dryfuje w trochę inną stronę. Dlatego tym bardziej warto sięgnąć po album „Live In Rome”; raz, by nacieszyć uszy mistrzowską grą na gitarze i wielobarwną melodyką wszystkich, bez wyjątku, zamieszczonych na nim utworów, a dwa – by zaostrzyć sobie apetyt przed zbliżającą się premierą tej „właściwej”, studyjnej płyty Rothery’ego…

MLWZ album na 15-lecie