D Project

Pineapple Thief, The - Magnolia

Przemysław Stochmal,

Image„Please let’s waste no more time” – słowa, które wyśpiewuje Bruce Soord w piosence „Simple As That” otwierającej nowy studyjny krążek The Pineapple Thief z pewnością najdonośniej wybrzmią w uszach tych spośród śledzących karierę zespołu, którzy poprzedni album „All The Wars” zaopiniowali, nie bez powodu zresztą, jako marnie spędzone trzy kwadranse. Przyznam, że i dla mnie poprzedniczka „Magnolii” (taki tytuł przyjęła nowa płyta Brytyjczyków) stanowiła zestaw bezbarwnych piosenek stworzonych jakby w pośpiechu, w atmosferze być może chwilowego kryzysu twórczego. Jeśli tak, to czy faktycznie chwilowego?

Faktem jest, że określona formuła właściwa poprzedniemu albumowi, została w pełni umyślnie powielona również i na nowej płycie – Bruce Soord postanowił swoje pomysły pozamykać w formach możliwie najbardziej zwięzłych. Różnica, która pozwala raczej jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o kondycję twórczą tegoż bądź co bądź ciekawego artysty, polega jednak na tym, że piosenki, które tym razem prezentuje światu Złodziej Ananasów, potrafią nie tylko „jakoś” brzmieć, ale i mogą się podobać.

Wykorzystanie określonych środków instrumentalnych i aranżacji niemalże nie odbiega od tego, które cechowało „All The Wars”. Balansując pomiędzy mocnym uderzeniem opartym na bombastycznych riffach a melancholią podsycaną wyraźnie hołubionymi przez Soorda orkiestracjami, The Pineapple Thief zdają się niemal na krok nie opuszczać stylistyki z wydanego przed dwoma laty krążka. A jednak – zdecydowanie więcej tu animuszu, fantazji, niezłego pomysłu, a przede wszystkim - tym razem pojawiają się dobre melodie. Wystarczy zestawić choćby zbliżone nastrojem tytułowe utwory z dwóch ostatnich płyt, by pozbyć się wątpliwości, że bezpośrednio po bardzo dobrym albumie „Someone Here Is Missing” twórczy potencjał Bruce’a Soorda osłabł, by teraz z kolei nieco zyskać na sile.

Być może pozytywny wydźwięk takiej właśnie oceny najnowszej propozycji The Pineapple Thief bazuje przede wszystkim na słabej jakości poprzedniego albumu, nie zaś na jej potencjalnych atutach, wszak do skończonego, mogącego zachwycać dzieła brakuje jej niemało. Tym razem jednak również i oponenci bądź czystej krwi malkontenci będą w stanie wyłuskać coś dla siebie, nawet gdyby to „coś” miało trwać jedyne trzy-cztery minuty.  

MLWZ album na 15-lecie