Margin - Psychedelic Teatime

Artur Chachlowski,

ImageMamy bardzo przyjemną niespodziankę z Berlina. Psychodeliczną niespodziankę! Choć tak naprawdę „Psychodelic Teatime” to album na wskroś rockowy, a nawet artrockowy z dość mocno wyeksponowanymi elementami psychodelii i space rocka. Lecz nie dominują one do tego stopnia na tym wydawnictwie, jak na przykład na płytach grup Hawkind, Caravan, czy Gong. To raczej ten rodzaj stylistyki, którą można usłyszeć na wczesnych płytach Pink Floyd, tak mniej więcej do „Atom Heart Mother” włącznie. I właśnie ten kultowy album jest chyba najlepszym wyznacznikiem stylistycznych ram dla muzyki, której słuchamy na tej płycie.

W jej programie mamy długą 23-minutową suitę zatytułowaną „A Mysterious Cup Of Tea” i złożoną z pięciu płynnie połączonych ze sobą części. A zaraz po niej znajdujemy cztery krótsze kompozycje. Właściwie to jedną krótką – „Psychodelic Underground (The Short Trip)” – trwa ona ledwie 3 i pół minuty. Powraca ona w finale albumu już w wersji znacznie wydłużonej (do ponad 10 minut) i odpowiednio zatytułowanej: „Psychodelic Underground (The Long Trip)”. Pomiędzy nimi znajdują się jeszcze: akustyczny, oparty na brzmieniu 12-strunowych gitar utwór „Landscapes On The Sky”, którego nie powstydziliby się panowie Anthony Phillips i Steve Hackett oraz instrumentalne nagranie „Last Exit To Pluto”. Jest to tajemnicze, mroczne i gęste od kawalkady dźwięków, a także ciężkie od czającego się zewsząd psychodelicznego klimatu. No i jest tu wspomniana już wieloczęściowa suita, która łączy w sobie wszystkie wymienione wyżej pierwiastki brzmienia grupy Margin: psychodelię, space rock, akustyczny art rock i atmosferyczny rock progresywny.

Margin to właściwie projekt jednego człowieka. Jest nim Lutz Meinert, który skomponował, zaaranżował, nagrał i zmiksował cały materiał (57 minut) wypełniający album „Psychodelic Teatime”. Wspomagają go jedynie Arne Spekat, który gra na gitarach akustycznych oraz śpiewająca Carola Meinert (żona?, siostra?) od czasu do czasu wspierająca Lutza wokalnie. Na płycie wyraźnie słychać ducha muzyki przełomu lat 60. i 70. Meinertowi udało się idealnie oddać klimat złotych lat epoki flower power. W jego muzyce słychać wyraźną fascynację brzmieniem grupy Pink Floyd, są tu melotrony, Hammondy, ciekawe harmonie wokalne, świetne melodie, no i ten zniewalający klimat. I to wszystko wyszło spod ręki jednego człowieka! Szacunek, Lutz!

Eloy, Gong, Ozric Tentacles, Genesis, Jefferson Airplane, Phideaux, no i ten wczesny Pink Floyd… Ci wykonawcy przychodzą mi do głowy, ilekroć słucham płyty “Psychodelic Teatime”. Ach, te stare brzmienia pełne ciekawych odniesień do współczesności!… 1970? 2014? Ludzie zawsze będą pili herbatę. Ale tylko niektórzy wyczują jej psychodeliczny smak. Słuchaczu, spróbuj i Ty. Warto!

MLWZ album na 15-lecie