Spleen Arcana - The Light Beyond Of Shades

Mariusz Wójcik,

ImageJulien Gaullier, twórca projektu Spleen Arcana, oficjalnie przyznaje, że jest zakochany w muzyce lat  70. i nie tylko, skoro wymienia tak znaczące nazwy grup i solistów, jak: Genesis, Yes, Marillion, Rush, Mike Oldfield, Pink Floyd, Anathema, Astra, Opeth, Steven Wilson, Magma, Transatlantic i Deep Purple. Jeśli tak, to po płycie „The Light Beyond The Shades” można spodziewać się pysznej dawki eklektycznego rocka łechcącego wysublimowany gust starych wyjadaczy nie tylko prog rocka.  Sama skromna lista nagrań (program płyty zawiera zaledwie 3 długie kompozycje) czy też piękna okładka tego wydawnictwa może sugerować zaproszenie do wtargnięcia jeszcze intensywniej w świat muzyki Juliena. Trzeba wysłuchać parokrotnie tych nagrań, aby ta muzyczna pastylka zatytułowana „The Light Beyond The Shades” w pełni się rozpuściła i zauroczyła… Przynajmniej tak było w moim przypadku.

Julien Gaullier oraz wspomagający go David Perron (perkusja) oraz Marie Guillaumet (śpiew w chórkach) to zdolny skład muzyków serwujących nam muzykę „swoich rodziców i starszych braci”. Jak miło jest, gdy nowe pokolenie potrafi dostrzec wielkich artystów z kręgu art rocka. Młodzi twórcy posługują się nadzwyczaj sprawnie instrumentami dziś już nie tak modnymi, jak choćby poczciwy Hammond czy syntezatory analogowe. Ich muzyka brzmi naprawdę przekonywująco. Moim zdecydowanym faworytem na tym albumie jest „Memento Mori” - długa epicka suita, która wciąga niczym dawne dzieła wielkich progresywnych grup z lat  70. Solowe partie mellotronu, zagęszczone partie gitar czy mięsiste uderzenia perkusji to coś baśniowego, a nawet oniryczno-psychodelicznego. Takie właśnie dźwięki królują w spokojnych fragmentach tej kompozycji.  Dosłuchałem się w niej nawet specyficznych partii klawiszowych charakterystycznych dla twórczości  niemieckiej grupy Eloy. Baśniowość przeplata się z  melancholią. To ewidentna zasługa głosu Juliena. Ta suita jest dla mnie hołdem dla tych wielkich artystów, którzy kreowali rocka progresywnego, a użyty tu dzwon rurowy dodatkowo wzmacnia mój zachwyt.

Wprawdzie album ten nie wnosi do rocka nic odkrywczego, ale jest ewidentną muzyczną odtrutką na ten bezduszny muzyczny śmietnik,  który zatruwa dusze młodych, nie do końca zorientowanych fanów. Niech zatem ta płyta cieszy uszy nie tylko fanów prog rocka.

MLWZ album na 15-lecie