Nonamen - Obsession

Paweł Świrek,

ImageKrakowski zespół Nonamen od czasu wydania debiutanckiej EP-ki "Permission" dość długo kazał sobie czekać na debiutancki album. Część materiału spoza tamtego wydawnictwa była przez dłuższy czas prezentowana na licznych koncertach, które utrzymywały fanów w przekonaniu, że warto poczekać na pełnowymiarowy album.

Prace trwały dobrych kilka miesięcy i album „Obsession” miał być gotowy w połowie września, lecz premierę swą miał dopiero dwa miesiące później – w dniu koncertu Tarji Turunen w Krakowie. Jaka jest ta płyta? Przede wszystkim muzyka stała się nieco ostrzejsza, ale i bardziej zróżnicowana w stosunku do EP-ki. Zanim płyta ujrzała światło dzienne, co jakiś czas ukazywały się jej zajawki w postaci raportu ze studia oraz opublikowany został pełniący formę intra utwór „Rising”. Ten dość mroczny wstęp przechodzi w nagranie „Black Rose”. Zaczynając od gitary kolejno wchodzą poszczególne instrumenty, zaś na sam koniec wokal i perkusja. Zaczyna się dość spokojnie, ale po chwili muzyka zaczyna nabierać rozpędu i rozmachu. „From The Enslaved” to znana z koncertów ostrzejsza kompozycja grupy ze spokojniejszymi przebłyskami. Rozkręcającymi się powoli skrzypcami rozpoczyna się nagranie „Control”. Tu właśnie skrzypce pełnią przez jakiś czas funkcję instrumentu wiodącego, dopóki nie przykryje ich prawdziwe ostre gitarowe łojenie. Stylistycznie kompozycja jest nadal utrzymana w podobnych klimatach jak wcześniejsze utwory. Potem mamy już wyciszenie w postaci krótkiego instrumentalnego „Agallah”. Następujący po nim „Sleepingfall” sprawia takie wrażenie, jakby „Agallah” kończył umowną stronę A winylu, zaś „Sleepingfall” rozpoczynał stronę B. I znów po delikatnym intro mamy powrót do klimatów z początku płyty. Warto dodać, iż jest to kolejny sprawdzony koncertowy numer. Po swoich odczuciach dochodzę do wniosku, że zespół powinien zaryzykować wydając album na winylu. „Sleepingfall” zachwyca pięknym brzmieniem gitary wspomaganym skrzypcami. Balladowy „Shall I Go” to prawdziwa perełka na tej płycie. Jest to jeden z moich ulubionych fragmentów płyty. O ile wcześniej lubiłem „Red Rose” w wersji z EP-ki, to teraz mam kolejną ulubioną pozycję w twórczości zespołu. Tytułowa kompozycja obrazuje doskonale znane z początku płyty momenty. Podobnie jest z „Necrocreative”. Płytę teoretycznie kończy kompozycja „Emily” - z jednej strony dość spokojna, ale z dość intensywnym brzmieniem wszystkich instrumentów. Najpiękniejszym momentem tej kompozycji jest delikatny walczyk grany pod koniec na gitarze i szarpanych strunach skrzypiec. Wydawałoby się, że to jest już koniec płyty, ale na szczęście nie – mamy jeszcze jedną, niewymienioną na okładce kompozycję, tzw. „ukryty track”. Nieoficjalnie dowiedziałem się, że ta piękna, delikatna i akustyczna śpiewana po polsku kompozycja ma tytuł „Inanis”. Na mój gust jest to drugi prawdziwy killer tego albumu. I takim to delikatnym, ale niezwykle mocnym akcentem kończy się ta płyta.

Tyle o muzyce. Wymieniłem mocne strony płyty „Obsession”, ale jak zawsze znajdą się także i słabe punkty. Tutaj najbardziej rzucającym się słabym elementem jest ogólne brzmienie albumu. Nie wiem czemu, ale płyta charakteryzuje się takim dość dziwnym „plastikowym” soundem, co może trochę drażnić słuchacza, zwłaszcza audiofila. Druga rzecz: momentami występuje trochę zbyt duże stłoczenie instrumentów, przez co niekiedy wokal wydaje się zbyt schowany gdzieś w dalekim tle. Więcej minusów nie stwierdziłem. Jak wcześniej pisałem, uważam że zespół powinien wydać tą płytę na winylu. Nie ma co się pchać w 180-gramowy LP. 48 minut muzyki spokojnie zapełnia pojedynczy krążek bez konieczności ingerencji w dźwięk, zaś stronę B idealnie byłoby rozpocząć utworem „Sleepingfall”.

Podsumowując, ogólnie otrzymaliśmy bardzo spójny album. Spokojniejsze i nieco odstające od reszty kompozycje stanowią doskonałe wyciszenie po mocniejszym łojeniu, co uważam za dobre posunięcie i tym samym polecam wszystkim tą płytę.

MLWZ album na 15-lecie