Neal Morse Band, The - The Grand Experiment

Artur Chachlowski,

ImageNiezmordowany Neal Morse wydał swój kolejny album. Tym razem pod szyldem The Neal Morse Band. Płyta zatytułowana jest „The Grand Experiment”, co ma być odzwierciedleniem procesu powstawania wypełniającego ją materiału. Neal wszedł do studia wraz ze swoimi wieloletnimi współpracownikami (Mike Portnoy – perkusja, Randy George – gitara basowa) oraz muzykami o nieco krótszym stażu (Bill Hubauer – instrumenty klawiszowe, flety, gitary, klarnet, Eric Gillette – śpiew) bez większego planu i bez skomponowanej muzyki. Po prostu poddał się eksperymentowi w postaci tworzenia albumu równocześnie z jego nagrywaniem w studiu.

Pomysł powiódł się w tym sensie, że w postaci „The Grand Experiment” otrzymujemy płytę na pewno nie gorszą od mnóstwa poprzednich wydawnictw Morse’a. Czy lepszą? Tego bym nie powiedział. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że artysta ten powiela te same pomysły podając je na kolejnych albumach w nieco tylko zmodyfikowany sposób. Jeżeli faktycznie Neal przed wejściem do studia nie miał gotowych kompozycji, to chwała mu za efekt końcowy. Czapki z głów. Z drugiej zaś strony, myślę sobie, że jeżeli istotnie tak było, to chyba może on śmiało co parę miesięcy wchodzić do studia, by nagrać kolejne płyty o jakości zbliżonej do „The Grand Experiment”. Poniekąd tak właśnie się dzieje od wielu, wielu lat. Neal nie cierpi na brak pomysłów, a wena twórcza nie opuszcza go od lat. Dobrze więc chyba, że stosuje on muzyczny płodozmian nagrywając pod różnymi szyldami (The Neal Morse Band, Transatlantic, Flying Colours, solo, etc.), lecz nie czarujmy się, w gruncie rzeczy nagrywa on wciąż „tą samą płytę”.

Na „The Grand Experiment” nie ma niespodzianek. Jest tu kilka krótszych, chwytliwych utworów („The Grand Experiment”, „Agenda”), jest „średniak” (otwierający płytę 10-minutowy „The Call”), jest obowiązkowy „mamut” w postaci 26-minutowej wielowątkowej kompozycji „Alive Again”, jest wreszcie obligatoryjna akustyczna ballada („Waterfall”). Wszystko to jest i praktycznie można odnieść wrażenie, że wszystko to już było. Zero zmian stylistycznych. Zero modyfikacji brzmienia. Jedynym novum jest stosowanie w kilku fragmentach wokalnych duetów z Erikiem Gillette i Mikiem Portnoyem. Ale nie jest to nowinka, która wpływałaby na zmianę stylu i formę kompozycji Morse’a.

Tak więc, jeśli spodziewacie się zaskoczeń, na „The Grand Experiment”, to ich nie znajdziecie. To kolejna „taka sama” płyta Morse’a. Inna rzecz, że bardzo dobra płyta. Jak on to robi?...

MLWZ album na 15-lecie