Carducci, Franck - Torn Apart

Artur Chachlowski,

Image„Torn Apart” to album nr 2 w dorobku francuskiego muzyka, który nazywa się Franck Carducci. O jego debiutanckiej płycie „Oddity” pisaliśmy na naszych łamach przed czterema laty. W tamtym tekście opowiedzieliśmy o licznych muzycznych fascynacjach Carducciego. Było je zresztą bardzo dokładnie słychać na poprzednim albumie. Słychać je także na płycie „Torn Apart”. Ale akcenty zostały jakby delikatnie przesunięte w stronę klasycznego rocka. Owszem, pierwiastek progresywności nadal obecny jest w muzyce Carducciego, ale na nowym krążku daje się poznać jakby dwoista kompozytorska natura Francuza. Tytuł jednego z utworów – „Mr. Hyde & Dr Jekyll” – już mówi wiele. Jeszcze więcej sama struktura tego nagrania: dwie rockowe części przeplatają się z lirycznymi sekwencjami, idealnie oddając zamysł kompozytorski Carducciego. Jeszcze lepiej widać (słychać!) to w otwierającym album nagraniu tytułowym. To 10 minut mocnej rockowej jazdy bez trzymanki z porywającą środkową częścią instrumentalną, której nie powstydziłyby się zespoły Deep Purple, Black Sabbath czy Uriah Heep.

Jeżeli Carducci bierze się już za wątki progresywno-rockowe i nawet jeżeli czyni to przy współudziale gościnnie występującego w utworze „Closer To Irreversible” Steve’a Hacketta, to zdecydowanie skręca stylistycznie w stronę bluesa. Dwa inne krótkie, ledwie dwuminutowe tematy, też nie bardzo przystają do tego, do czego Franck przyzwyczaił nas na swojej poprzedniej płycie: „Artificial Love”, oprócz ciekawej partii gitary, charakteryzuje się tym, że… kończy się za szybko, a „Girlfriend For A Day” to materiał na całkiem niezły utwór, ale też, nie wiedzieć czemu, kończy się już po niespełna dwóch minutach.

Ale nie jest na „Torn Apart” tak źle, szczególnie dla miłośników soczystego epickiego grania. O sile albumu stanowią trzy najdłuższe i, prawdę powiedziawszy, bardzo epickie kompozycje: „Journey Though The Mind”,  „A Brief Tale Of Time” oraz stanowiąca bardzo udany finał całej płyty – „Artificial Paradises”. Moim zdaniem to właśnie te trzy utwory  są najjaśniejszymi punktami tego albumu, który utrzymany jest trochę w staroświeckim stylu (co z pewnością nie jest jego wadą). Jednych ten fakt ucieszy, innych – niekoniecznie. Nosowy głos Carducciego, przypominający odrobinę Nicka Barretta z grupy Pendragon, oraz doskonała gra licznie zaproszonych przez niego grona instrumentalistów może się spodobać nawet najbardziej wytrawnym koneserom artrockowych dźwięków.

Program albumu uzupełnia w formie bonusu osobista wersja Carducciego słynnego utworu z repertuaru grupy Supertramp pt. „School”. Ot, taka ciekawostka (której jednak daleko do oryginału) na sam koniec tej w sumie niezłej płyty. To jakby kolejna deklaracja muzycznych inspiracji tego francuskiego muzyka.

MLWZ album na 15-lecie