Haskell, Gordon - All My Life

Artur Chachlowski,
ImageDziś w naszej rubryce tekst o artyście, dla którego tak uwielbiana przez zwolenników wszelkiego muzycznego szufladkowania etykietka „rock progresywny” była tylko drobnym epizodem w długiej, bo ponad 35 – letniej karierze. W jej trakcie nie brakowało wzlotów i upadków, lecz ubiegłoroczny powrót po latach z genialnym superprzebojem „How Wonderful You Are” udowodnił nawet największym malkontentom jak wielką klasę reprezentuje  pan, który nazywa się Gordon Haskell.

Nie zdążyliśmy się jeszcze dobrze nacieszyć rewelacyjną płytą „Harry’s Bar’, a oto Gordon Haskell proponuje nam kolejną kolekcję przebojów wybranych ze swych wcześniejszych krążków. Album „All My Life” zawiera 13 urokliwych piosenek, z których co najmniej kilka może śmiało pokusić się o podobny sukces, jak „How Wonderful You Are”. Przypomnijmy: kilka miesięcy po swojej premierze utwór ten nadal cieszy się ogromną popularnością i zdążył już nawet  pobić nawet rekord Beatlesów („Hey Jude”) i Franka Sinatry („My Way”), jako najczęściej zamawianej piosenki przez słuchaczy Radia BBC 2. Jednak nie wszyscy zapewne wiedzą, jak długa i niekoniecznie zawsze usłana różami  była droga Haskella na muzyczny panteon. Rozpoczął jako gitarzysta w szkolnych zespołach The Ravens i League Of Gentlemen, gdzie po raz pierwszy zetknął się  z Robertem Frippem. Kolejną grupą, w działalność której zaangażował się jako basista i wokalista była Le Fleur De Lys. Z zespołem tym  w 1968r. wziął udział w sesji nagraniowej do radiowego programu Johna Peela „Top Gear”. „Graliśmy w tym samym programie co Free, Procol Harum i Cream” – wspomina po latach. „I wszystkie te kapele były od nas zdecydowanie lepsze” – dodaje z uśmiechem. Przez pewien czas mieszkał pod jednym dachem z... Jimi Hendrixem. Mieszkanie należało do grupy The Animals, ale że zespół akurat znajdował się w trasie po Stanach Zjednoczonych, to jego członkowie zaproponowali gościnę dwójce muzyków. Doszło nawet do muzycznej współpracy Haskella i Hendrixa. „Nagraliśmy 3 kawałki. Nie była to jakaś porażająca sesja, ale bez wątpienia było to dla mnie wspaniałe muzyczne doświadczenie” – opowiada Haskell – „Jimi był bardzo cichym i spokojnym człowiekiem. I oczywiście prawdziwym geniuszem gitary”.

W świecie progresywnego rocka Haskell zasłynął jako wokalista King Crimson. W 1970 r. podczas przygotowania płyty „In The Wake Of Poseidon”, gdy wiadomo już było, że Greg Lake rezygnuje ze współpracy z zespołem, został on poproszony przez Frippa do zaśpiewania utworu „Cadence And Cascade”. Haskell zaśpiewał jeszcze na kolejnej płycie King Crimson „Lizard” (1970), jednak nie zagrzał zbyt długo miejsca w tym zespole. Nie był on w pełni zadowolony ze współpracy z formacją grającą bardzo nowatorską, jak na tamte czasy, muzykę. „Moje muzyczne zainteresowania zmierzały zupełnie w innym kierunku” – tłumaczy po latach swoje odejście z Karmazynowego Króla. – „Byłem wtedy pod ogromnym wpływem takich wykonawców, jak Ray Charles, Nat King Cole i J.J. Cale. Natomiast Robert Fripp proponował muzykę odległą od moich muzycznych upodobań, niczym lata świetlne dzielące nas od najbliższej galaktyki” – dodaje.

Pewnego letniego dnia w 1971r. Haskell spotkał się w londyńskim hotelu Dorchester  z właścicielem Atlantic Records Ahmetem Ertegunem. Haskell zaśpiewał kilka skomponowanych przez siebie piosenek, a zrobił to tak dobrze, że ten obiecał nie tylko kontrakt płytowy, ale także produkcję jego albumu. Materialnym śladem tej współpracy stał się album „It Is And It Isn’t” (1972). Dzisiaj osiągnął on już miano płytowego białego kruka i stał się obiektem poszukiwań najwytrwalszych kolekcjonerów. W późniejszych latach Haskell współpracował z amerykańskim muzykiem Timem Hardinem, brał udział w trasach koncertowych wraz z Cliffem Richardem, Alvinem Lee i Van Morrisonem. Jednak w miarę upływu czasu nadeszły gorsze chwile i  Haskell popadł w poważne finansowe tarapaty. Wyemigrował na kilka lat do Danii, gdzie, jak stwierdził w jednym z wywiadów, „śpiewał w knajpach dla pijaków”. Spędził tam 10 długich lat, by wreszcie powrócić do Anglii, ale i w swojej ojczyźnie grywał co najwyżej w barach i małych klubach „do kotleta”. „Nie uważam tego czasu za stracony”. – podsumowuje ten okres po latach – „Życie nauczyło mnie pokory. Poza tym była to doskonała szkoła dla mnie, jako muzyka. Każdego dnia ćwiczyłem swój warsztat wokalny, czułem, że mój głos staje się głębszy i pewniejszy. Poznałem wielu z pozoru szarych i przypadkowych ludzi. To o nich zacząłem pisać piosenki. O ich skomplikowanym i niełatwym życiu. O tym właśnie opowiada ballada „How Wonderful You Are”. Zwracam się w niej do ukochanej kobiety mówiąc: „Czy wiesz, że jesteś kimś specjalnym, osobą jedyną w swoim rodzaju?” Ale jest też inny, bardziej uniwersalny wydźwięk tego utworu. To piosenka o zwykłych szarych ludziach. O sprzątaczkach, śmieciarzach, pielęgniarkach i gazeciarzach. O każdym na tej planecie, kto ze względu na swój humanizm zasługuje na szacunek i uznanie”. Trzeba wiedzieć, że ta prześliczna ballada zapewne nigdy nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby nie szczęśliwy traf w postaci przypadkowego spotkania z Ianem Brownem, menedżerem niezależnej wytwórni płytowej Flying Sparks. Zaproponował on Gordonowi współpracę, na którą nasz bohater przystał tyleż z ochotą, co z niedowierzaniem . Swój powrót do showbiznesu obwarował jednak specjalnym warunkiem. „Chciałem nagrać swą pierwszą po wielu  latach przerwy płytę tak, jak to robiono  w latach 50. W taki sposób, jak robili to Fats Domino, Elvis, Jerry Lee Lewis, czy Chuck Berry”. I tak oto powstała płyta „Harry’s Bar”, a większość piosenek, w tym „How Wonderful You Are” zarejestrowano przy pierwszym podejściu. W studiu artystę wspomagali Paul Young, Hamish Stuart (wokalista Average White Band) i Robbie Mc Intosh (ex – Pretenders). Płyta okazała się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. W samej tylko Wielkiej Brytanii znalazła ponad 125 tysięcy nabywców, a stacje radiowe na całym świecie do dzisiaj nieprzerwanie lansują pochodzący z niej megahit „How Wonderful You Are”.

A teraz w ręce trafia nam nowa, przekrojowa płyta Haskella zatytułowana „All My Life”. Z całą pewnością ma ona szansę dorównać swojej poprzedniczce. Album zawiera zestaw piosenek z wieloletniej solowej kariery wokalisty. „Wszystkie twory zamieszczone na tym krążku bardzo wiele dla mnie znaczą. Sporo tych piosenek wciąż wykonuję na koncertach. Jestem zachwycony tym, że wszyscy, i starzy, i nowi fani będą mieli wreszcie okazję usłyszeć te nagrania” – tak o „All My Life” mówi sam artysta. Płytę wypełniają zgrabne, miłe dla ucha ballady, wzbogacone jazzowymi smaczkami. Na pewno spodoba się ona wszystkim miłośnikom dobrego klimatycznego grania, kochającym spokojną i nastrojową atmosferę kreowaną przez ciepły głos Haskella. „Teraz, po tylu latach nie dbam i wcale nie zabiegam o to, by stać się sławnym. Mam za sobą ciężkie chwile i gdybym nawet stał się teraz milionerem, nie miałoby to większego znaczenia. Najważniejszym jest nieustannie stawanie się lepszym  i doskonalszym. Na przykład, gdy patrzę na Jamesa Taylora, który z roku na rok brzmi wspanialej, wierzę, że i ja za jakieś powiedzmy 20 lat, o ile będę wytrwale pracował, stanę się tak wielki, jak on” – skromnie dodaje artysta. Podkreślmy, artysta już prawie sześćdziesięcioletni... A mnie wydaje się, że Gordon Haskell jest wielki już dzisiaj. Za 20 lat może być tylko nieskończenie doskonały...

MLWZ album na 15-lecie