D Project

Here On Earth - In Ellipsis

Artur Chachlowski,

ImageNa fali gigantycznego powodzenia grupy Riverside jak grzyby po deszczu rosną nam wykonawcy, którzy tworzą muzykę utrzymaną w podobnej stylistyce. Analogiczne zjawisko miało miejsce przed laty, gdy wielkie triumfy święcił zespół Porcupine Tree, albo też kilka lat wcześniej, gdy pojawił się Dream Theater, który tak zdominował progmetalowy gatunek, że niemal każdy nowy zespół za wszelką cenę usiłował brzmieć niczym Teatr Marzeń.

Nie twierdzę, że katowicka grupa Here On Earth stara się usilnie naśladować styl zespołu Mariusza Dudy, ale gdy przysłuchamy się uważnie utworom wypełniającym debiutancki album zatytułowany „In Ellipsis”, to usłyszymy liczne, a nawet bardzo liczne, elementy wspólne z brzmieniem Riverside. Nie mówię też, że to źle. Wszak korzystanie z dobrych wzorców i inspirowanie się docenianymi powszechnie patentami nie od razu musi być czymś złym. Tym bardziej, że członkowie Here On Earth nie robią tego bezmyślnie i bezkrytycznie. W ich muzyce słychać wyraźnie, że są grupą ambitnych, energicznych ludzi, że potrafią grać z zębem, że proponują wyraziste dźwięki, a ich kompozycje w przeważającej większości są co najmniej intrygujące, a po bliższym zapoznaniu się z nimi z reguły zaczynają „same grać” w uszach odbiorcy.

Zespół Here On Earth powstał dwa i pół roku temu w Katowicach. W połowie ubiegłego roku zaprezentował debiutancki minialbum „Day One” (osiągalny wyłącznie w formie cyfrowego downloadu), a w kwietniu br. wydał pełnowymiarową płytę CD. No cóż, wpływy Riverside, Tool, Anathemy, a nawet Jeżozwierzy są na niej bardzo wyraźne. Ale jak już wspomniałem, wszystkie te muzyczne wzorce nie są inkorporowane przez katowiczan do swojej muzyki w sposób nachalny. Utwory, które wypełniają program tego wydawnictwa, to udane piosenki, dzięki którym można wysnuć wniosek, że oto narodził nam się niebywały talent i, kto wie, być może niedługo, czołowa formacja na polskiej scenie alternatywno-rockowej. Mam tylko jedną gorącą prośbę do zespołu: gdy minie już euforia związana z ciepłym przejęciem debiutanckiej płyty (a nie wątpię, że takowe nastąpi) i będziecie przygotowywać materiał na kolejne wydawnictwo, proszę Was o rozumne zmierzenie się z ‘syndromem drugiej płyty’. Takie, żeby nie przylgnęła do Was już na zawsze etykietka „drugiego (czytaj: gorszego) Riverside”.

Centralną postacią w zespole jest gitarzysta Piotr Krasek, który odpowiedzialny jest za produkcję płyty i za tę robotę należą mu się słowa pochwały. Here On Earth brzmi bowiem na „In Ellipsis” bardzo dojrzale, płyta ma swoje tempo i dramaturgię, a muzyki słucha się długimi chwilami z wypiekami na twarzy. Za grafikę i materiały wizualne odpowiada z kolei basista Przemek Nowakowski (we współpracy z managerem Igorem Karkoszką). Dzięki temu strona graficzna i image zespołu są spójne oraz zgodne z założeniami jego członków. Za mikrofonem w Here On Earth stoi Krzysztof Wróbel. I brzmi do tego stopnia przekonywująco, że można go nazwać ‘młodszym bratem Mariusza Dudy’. Skład grupy uzupełniają: Bartłomiej Niestrój (gitara), Dawid Czekirda (instrumenty klawiszowe) oraz Krzysztof Cudny (perkusja).

Po uważnym wysłuchaniu płyty „In Ellipsis” stwierdzam, że mamy do czynienia z nietuzinkowym zjawiskiem na mapie polskiego (prog) rocka i jestem pewien, że już niedługo nie tylko nad Wisłą, ale mam nadzieję także i pod innymi szerokościami geograficznymi, będzie o grupie Here On Earth mówiło się głośno i wyłącznie pozytywnie. I to nie tylko w środowisku fanów alternatywnego rocka. W najbliższym czasie szykuje się bowiem spora ofensywa tego zespołu. Jesienią Here On Earth planuje rozpocząć regularną działalność koncertową, a utwór „Liquid Diamond Lipstick” niedawno zadebiutował na liście przebojów Rock Serwis FM i całkiem nieźle radzi sobie z Czwartkowym Czarcie. A przecież zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, gdyż nie jest to jedyny utwór z płyty „In Ellipsis” o przeogromnym potencjale. Posłuchajcie „Time”, „Ghost TV”, „Hereafter”, posłuchajcie kompozycji tytułowej. Posłuchajcie całej płyty, bo naprawdę warto. Nie przegapcie tego ciekawego debiutu, bo potem będziecie żałować, że tak późno odkryliście tą tak bardzo interesującą muzykę. 

MLWZ album na 15-lecie