Airbag - Disconnected

Artur Chachlowski,

ImageTo bez wątpienia jedna z najbardziej wyczekiwanych płytowych premier pierwszej połowy tego roku. Grupa Airbag swoimi poprzednimi wydawnictwami (szczegółowe małoleksykonowe omówienia trzech dotychczasowych albumów Norwegów, a także półoficjalnego debiutu w postaci EP-ki „Safetree” znajdziecie na naszym portalu w dziale ‘Recenzje’) zaskarbiła sobie sympatię słuchaczy w naszym kraju i zyskała tak wysoką pozycję, że progrockowa publiczność nad Wisłą nie tylko śledzi każdy ruch związany z tą formacją (m.in. niezwykle ciepło przyjęła solową płytę gitarzysty Airbag, Bjorna Riisa, „Lullabies In A Car Crash”), ale i z utęsknieniem czeka na jej kolejne albumy.

10 czerwca (nie)cierpliwość fanów będzie nagrodzona. Na ten właśnie dzień wytwórnia Karisma Records zapowiada premierę czwartego studyjnego albumu Airbag zatytułowanego „Disconnected”. Znajdujemy na nim sześć utworów połączonych (sic!) wspólnych tematem przewijającym się w treści każdego z nich. A jest nim refleksja na temat czego społeczeństwo oczekuje od jednostki i niemożności sprostania tym oczekiwaniom. O tym właśnie opowiadają teksty utworów na nowej płycie Norwegów, o tym swoistym „odłączaniu się” indywidualnych potrzeb od wymagań ogółu, o potrzebie zerwania z codzienną rutyną, z ustalonym rytmem pracy „9 to 5”, o drzemiącej w każdej jednostce potrzebie wyrwania się z ryzów nakazów i procedur nakładanych przez funkcjonujące, czy raczej jak zdaje się stara się przekazać zespół, dysfunkcjonujące według własnych reguł społeczeństwo.

Muzycznie zaś, donoszę o tym z wielką radością, jesteśmy wciąż na tym samym, dobrze zagospodarowanym przez Airbag trzema poprzednimi płytami, poletku. Być może na „Disconnected” jest ciut więcej elektroniki, być może nieco więcej miejsca przewidziano na perkusję, być może dźwięk wydaje się bardziej przestrzenny, ale stylistycznie to wciąż ten sam stary, dobry, aż chciałoby się rzec: „pinkfloydowski”, Airbag. Na nowej płycie znów panuje stonowany klimat podkreślany soczystymi gitarowym solówkami, szemrzącym w tle delikatnym brzmieniem syntezatorów, mięsistymi partiami basu oraz precyzyjnie wyznaczającą rytm perkusją. No i oczywiście charakterystycznym, smutnym śpiewem Asle Tostrupa.

Mnogość świetnych pomysłów, przeszywająca melancholia oraz charakterystycznie i wyjątkowe, zupełnie nie do podrobienia, brzmienie przez cały czas przewijają się na albumie „Disconnected”. W żadnym z utworów nie ma niepotrzebnego pośpiechu, tu wszystko jest dokładnie zaplanowane, a potem równie precyzyjnie wykonane. Wprawdzie czasem ma się ochotę na nieco większy dynamizm w rozwoju muzycznej akcji, czasami ma się poczucie, że za długo się czeka, żeby coś się zaczęło dziać. Ale nie. Norwescy muzycy nie zwracają uwagi na nasze niecierpliwe ponaglenia, tylko precyzyjnie stawiają akcenty, powoli, lecz systematycznie włączają kolejne elementy ze swojej przebogatej palety środków artystycznego wyrazu, a robią to powoli, bez pośpiechu, po swojemu. I po jedno-, dwu-, trzykrotnym przesłuchaniu wiemy już, że o to dokładnie chodzi. O tę precyzję, o te niedostrzegalne na samym początku szczegóły, o motyw, który gdzieś nam pierwotnie umknął, o jakąś przeuroczą solóweczkę czy linijkę tekstu, która z początku wydała się nam mało istotna. O to chodzi na tej płycie. O cierpliwość, o szerokie otwarcie się na piękno muzyki grupy Airbag.

Jeżeli znając dotychczasowe dokonania zespołu czekaliście na tę płytę z wypiekami na twarzy, to nie zawiedziecie się. Będzie to dla Was album-marzenie. Jeżeli jednak formuła muzyki Airbag nie do końca Wam odpowiada i oczekujecie jakiejś istotnej stylistycznej zmiany, to czeka Was spore rozczarowanie. Tak więc, dla jednych „Disconnected” okaże się pewnym kandydatem do miana Płyty Pierwszego Półrocza 2016 Roku (a kto wie, może i całego roku?), a dla innych – albumem przewidywalnym i niewiele wnoszącym do dotychczasowej wiedzy o muzyce grupy Airbag.

MLWZ album na 15-lecie