Kansas - The Prelude Implicit

Przemysław Stochmal,

ImageSzesnaście długich lat – tyle kazała czekać swoim sympatykom amerykańska formacja Kansas na pojawienie się nowego, zawierającego premierowy materiał albumu studyjnego. Informacja o powrocie legendy zawsze w jakimś stopniu elektryzuje, w tym jednak wypadku nie należało spodziewać się żadnego wiekopomnego comebacku – skład zespołu dzisiaj znacznie odbiega od tego, w którym Kansas nagrał swoje klasyczne płyty, szczególnie zaś uderza brak jednej z najważniejszych postaci w karierze grupy – wokalisty i klawiszowca Steve’a Walsha. Historyczny, najbardziej doniosły powrót grupa ma już za sobą - przed rzeczonymi szesnastoma laty, reaktywując się w najlepszym składzie, formacja nagrała wyśmienitą, ambitną, a przy tym bogatą w nawiązania do swojej przeszłości płytę „Somewhere To Elsewhere”.

Oczekiwania, zważywszy na sytuację personalną grupy, nie musiały być więc specjalnie wygórowane, a wśród co bardziej świadomych fanów, śledzących na bieżąco aktywność wydawniczą muzyków związanych z Kansas, pojawić się mogło nawet i więcej realnych obaw, aniżeli nadziei. Pewna aktywność członków grupy podczas kilkunastoletniej luki pomiędzy jej studyjnymi wydawnictwami, nie przyniosła bowiem muzycznie wiele dobrego – wydana w 2009 roku pod szyldem Native Window płyta, pod którą podpisało się aż czterech członków zespołu (Rich Williams, Phil Ehart, Billy Greer oraz David Ragsdale) musiała rozczarować fanów liczących na ni mniej, ni więcej, niż powrót Kansas pod zmienionym szyldem. I to właśnie ten kwartet, który wzbogacili: klawiszowiec David Manion, gitarzysta Zak Rizvi i przede wszystkim wokalista Ronnie Platt, podjął pracę nad materiałem ostatecznie zamieszczonym na piętnastej studyjnej płycie Kansas, zatytułowanej „The Prelude Implicit”.

Powstał album ani nie próbujący w art-rockowych aspiracjach mierzyć się z poprzednikiem, ani na szczęście nie powielający błędów błahego, nieudanego „Native Window”. Wyzbywając się ambicji stworzenia wielkiej płyty czy usilnego odnalezienia się w realiach współczesnego prog-rocka, Kansas  podjął się niewydumanego, może nieco ugrzecznionego egzekwowania swoich stałych atutów – świetnych melodycznych skłonności, solidnych gitarowych riffów, charakterystycznych aranży (z tradycyjnie znaczącą rolą skrzypiec i fortepianu), a przede wszystkim łatwości w łączeniu w uniwersalną estetykę piosenkowości z progresywnymi inklinacjami. Mimo oczywistego braku elementu zaskoczenia, mimo czasowego niedoboru odpowiedniej dynamiki (zwłaszcza moc bicia perkusji rozczarowuje), materiał zawarty na „The Prelude Implicit” nie przynosi wstydu marce Kansas, a nawet zwyczajnie może się podobać. Nie potrzeba przy tym również i specjalnego wysiłku, by zaakceptować nowy głos przy mikrofonie – śpiewający Ronnie Platt posiada przyjemny, nienachalny, pozbawiony niechcianych manier głos, o barwie przypominającej wokal Steve’a Walsha z lat młodości – z tym że jest to głos o wyraźnie węższych możliwościach, aniżeli te, które posiadał wielki poprzednik w czasach świetności.

Bez fajerwerków, bez górnolotnych ambicji zespół Kansas pierwszy raz od lat prezentuje nowy materiał. I mimo że momentami daje się odczuć brak dawnego temperamentu, to jednak w gruncie rzeczy Amerykanie sprostali zadaniu wskrzeszenia swojego legendarnego szyldu, proponując całkiem przystępny zestaw kompozycji, którym jakimś sposobem udaje się nie razić nieuniknioną konwencjonalnością. „The Prelude Implicit” na pewno nie jest płytą niezbędną, ale i nie da się powiedzieć, że to album niepotrzebny.

MLWZ album na 15-lecie