Burke, Dec - Book Of Secrets

Artur Chachlowski,

ImageDec Burke to jeden najciekawszych głosów brytyjskiego prog rocka. Działał kiedyś w nieistniejącej już grupie Darwin’s Radio (na naszych małoleksykonowych łamach możecie znaleźć recenzje dwóch płyt tego zespołu: „Eyes Of The World” (2006) oraz „Template For A Generation” (2010)), pojawiał się gościnnie na albumach innych wykonawców (m.in. na albumach Lee Abrahama czy grup Frost* i Audioplastik), a od pewnego czasu pracuje na własne nazwisko wydając płyty solowe.

„Book Of Secrets” jest już trzecim solowym przedsięwzięciem naszego bohatera. Burke otoczył się na nim nie byle jakimi muzykami, bo na basie gra Kristoffer Gildenlöw (ex-Pain Of Salvation), na perkusji Steve Hughes (ex-Big Big Train), a na instrumentach klawiszowych Carl Westholm (Carptree). Na gitarach gra Burke. Całość zmiksowana została przez Lee Abrahama, a zmasterowana przez Karla Grooma (Threshold).

Nic więc dziwnego, że od strony produkcyjnej albumowi „Book Of Secrets” trudno cokolwiek zarzucić. Brzmi on zgoła rewelacyjnie. Wręcz krystalicznie czysto, przejrzyście i selektywnie. Pod względem jakości odsłuchu wydaje się być produktem niezwykle przyjaznym nawet dla nie do końca zdeklarowych fanów progresywnego rocka. Ze względu na swoje niewielkie rozmiary (8 wypełniających go utworów trwa równo 40 minut) oraz na „kompaktowe” kompozycje staje się on pozycją bardzo przystępną dla tzw. statystycznego odbiorcy. Sporo tu ciekawych aranży (jak chociażby pompatyczny początek płyty, a zarazem wstęp do utworu „Reflection”), dużo elektroniki (utwory „Everlasting”, „Another Hope”, „Hate & Lies”, ale tak naprawdę każdy utwór napakowany jest elektronicznymi sekwencjami), kilka naprawdę niezłych rozwiązań melodycznych (szczególnie mogą podobać się nagrania „Take”, „Another Hope” i „Intervals”), trochę niezłego łojenia (końcowa część utworu „Hate & Lies”), ale też – piszę to z przykrością – trochę rozmytego, nijakiego i nieprzekonywującego grania (najlepszym tego przykładem jest kończąca płytę piosenka „The Sun Will Rise”).

Pomimo licznych zalet, które przed chwilą wymieniłem, muszę stwierdzić, że czuję spory niedosyt po wysłuchaniu tej płyty. Przyznam też, że niewiele zostaje z niej w głowie, a jeżeli już, to raczej charakterystyczne „gęste” od elektroniki brzmienie, a nie konkretne utwory, tak w całości, od A do Z. Nie ukrywam, że mam też spory problem z odpowiednim sklasyfikowaniem proponowanej przez Burke’a muzyki. Bo to nie typowy rock progresywny, nie neoprog, nie album z piosenkami… Mhmmm, płycie „Book Of Secrets” stylistycznie najbliżej chyba do albumów grupy Frost*, ale choć znajduję na nich wiele elementów wspólnych, to ilekroć stoję przy swej półce z płytami, to ręka mimowolnie częściej sięga mi po krążki Frost*, a nawet po stojący obok płyty „Book Of Secrets” poprzedni, wydany pięć lat temu album Burke’a pt. „Paradigm & Storylines”.

MLWZ album na 15-lecie