This Winter Machine - The Man Who Never Was

Artur Chachlowski, This Winter Machine - The Man Who Never Was

Niedawno na naszych łamach informowaliśmy o rozpoczęciu działalności przez mającą specjalizować się w promowaniu młodych artystów progresywnych irlandzką wytwórnię płytową Progressive Gears Records. I oto właśnie trafia nam w ręce pierwsze wydawnictwo – album „The Man Who Never Was” grupy o tyleż wdzięcznej, co będącej na czasie, nazwie: This Winter Machine.

Zespół This Winter Machine to debiutanci. Nie chcę określać tworzących go muzyków mianem amatorów, ale jeden z nich jest szklarzem, drugi administratorem nieruchomości, trzeci zootechnikiem, a czwarty przez długie lata pracował w fokarium. Trudno uwierzyć, że razem stworzyli tak ciekawą grupę i przygotowali wielce obiecujący debiutancki album. Pozostali przy tym ludźmi bardzo enigmatycznymi. Tylko keyboardzista ujawnia swoje imię i nazwisko (Mark Numan), a reszta pozostaje anonimowa: Marcus gra na perkusji, Jevo na gitarze, Pete na basie, a Al śpiewa…

Malownicza, ewidentnie kojarząca się z zimową scenerią okładka, a na niej – by podkreślić wyspiarskie korzenie grupy – stojąca w polu charakterystyczna czerwona budka telefoniczna. I tajemnicza postać w czarnej pelerynie: człowiek, którego nie było. I właśnie od tak zatytułowanego utworu, a właściwie minisuity, bo trwa ona ponad 16 minut, rozpoczyna się ten album. Muszę przyznać, że jak na debiutantów mają oni tupet i odwagę, by takim właśnie ‘długasem’ otwierać swoją pierwszą płytę. Ale dobrze, że tak zaczęli, bo od razu wiadomo z czym mamy do czynienia: z muzyką wielowątkową, złożoną, rozbudowaną, utrzymaną w dobrym progrockowym stylu, a przy tym bardzo angielską w swoim wymiarze. Trudno oddać słowami na czym ta ‘angielskość’ polega, ale ci, którzy znają muzykę grup Landmarq, The Gift, Multi Story, Pendragon czy Arena, doskonale wiedzą o czym mówię. W takich właśnie stylistycznych klimatach utrzymana jest tytułowa kompozycja, a właściwie cały album.

Na jego program składa się zaledwie pięć utworów: dobrych, rzetelnie zagranych, świetnie zaśpiewanych przez obdarzonego ciekawym głosem Ala, rozbudowanych (na płycie, oprócz kompozycji tytułowej, są jeszcze dwa dziesięciominutowe ‘długasy’: „The Wheel” oraz „Fractured”) o bardzo dojrzałym wydźwięku. Właściwie trudno wyróżnić na tym krążku którekolwiek z nagrań. Bo wszystkie są udane. I te wymienione wcześniej, bardziej rozbudowane, i te delikatne, niemalże akustyczne (jak instrumentalna „Lullaby”), i te wielowątkowe („The Man Who Never Was”), jak i te, które błyskawicznie zmierzają do progrockowego sedna („After Tomorrow Comes”).

Dobrze rozpoczyna się nam ten 2017 rok (premiera płyty „The Man Who Never Was” miała miejsce 16 stycznia). Bo po pierwsze, tak udane debiuty jak ten zawsze cieszą, a po drugie - to obiektywnie rzecz biorąc płyta, przy której już teraz warto postawić duży plus, po to by, gdy za dwanaście miesięcy będziemy wybierać swoje ulubione płyty AD 2017, o niej nie zapomnieć.

This Winter Machine – to nazwa, którą warto zapamiętać.

MLWZ album na 15-lecie