Red Sand - 1759

Artur Chachlowski, Red Sand - 1759

Pamiętam, to było ogromne odkrycie w świecie progresywnego rocka: rok 2004 i premiera pamiętnej płyty „Mirror Of Sanity” kanadyjskiej grupy Red Sand. To nic, że był to album aż do bólu „marillionowski”, album który pełnymi garściami czerpał z klasyki i tradycji gatunku. Pomysł lidera grupy, Simona Carona, wydawał się najprostszy z możliwych: nie oglądając się na żadne mody, na obowiązujące trendy czy nawet na nowoczesne zdobycze techniki dźwiękowej, grać przy użyciu analogowych instrumentów muzykę mocno zakorzenioną w latach 70., ubrać ją w długie, najczęściej kilkunastominutowe suity, wzbogacić brzmienie melotronami, a na scenie zachowywać się identycznie jak twórcy ‘teatru rockowego’, a więc używać finezyjnego makijażu, masek i opowiadać różne historyjki mniej lub bardziej związane z treścią wykonywanych utworów. I temu przepisowi grupa Red Sand pozostała wierna do dziś. Każda kolejna płyta – czy to studyjna, a z najnowszą jest ich już w sumie siedem, czy to koncertowa („Live Au Cabaret du Liquor Store”) – oferowała podobną gamę atrakcji. Co na to słuchacze? Jedni, zachwyceni taką stylistyką, głośno krzyczeli: „w to nam graj!”, inni, twierdzący, że muzyka Red Sand to odgrzewane, a tym samym niesmaczne już kotlety, z dezaprobatą wzruszali ramionami i ignorowali kolejne propozycje Kanadyjczyków.

W ostatnich dniach minionego roku (oficjalna premiera: 22 grudnia 2016r.) ukazał się nowy album Red Sand zatytułowany „1759”. A na nim… żadnych zmian.  Zaledwie trzy utwory (w tym dwie kilkunastominutowe suity), wielowątkowa konstrukcja każdego z nich (tylko otwierające płytę nagranie „Soldiers” posiada prostszą i mniej złożoną strukturę), soczyste gitarowe sola, teatralna ekspresja wokalna śpiewającego Steffa, orkiestrowe tła budowane przy pomocy melotronów, klimat jak z wczesnych produkcji grup Marillion, Pendragon, IQ czy Pallas. Nawet szata graficzna i obrazki rysowane jakby tą samą kreską, co okładki poprzednich płyt…

Wszystko jest po staremu. Zmieniła się tylko sekcja rytmiczna. W Red Sand jest nowy perkusista Luc Colletta, a partie basu przejął grający do tej pory wyłącznie na gitarach Simon Caron. Skład grupy uzupełnia grająca na instrumentach klawiszowych 18-letnia córka lidera, Pennsylia Caron. Poza tym nie ma zaskoczeń, brak jest nowinek, nie ma żadnego przełomu. Bo i nie miało być żadnego przełomu. Grupa Red Sand pozostaje na „1759” wierna obranej na początku swojej działalności stylistyce i ani na pół kroku nie zbacza z raz obranej drogi. Czy to dobrze? Mhm, dobrze to i źle. Zależy ile u kogo tolerancji dla słuchania kolejnych płyt zakotwiczonych w sztywnych i konserwatywnych muzycznych kanonach.

Ale „1759” to w sumie album dość przyjemny w odbiorze. Nie powiem jednak, żeby mnie szczególnie zachwycił. Nie powiem też, żeby mnie jakoś rozczarował. Ale gdy tak słucham tych nowych utworów Kanadyjczyków, to w głowie rodzi mi się taka myśl: są zespoły, które lubię za to, że się zmieniają (np. Opeth i Anathema), są takie, których nie lubię za sposób i kierunek, w jaki na przestrzeni lat zmienia się ich muzyka (np. Marillion), są wykonawcy, których cenię za to, że w ogóle się nie zmieniają (np. Neal Morse) i są tacy, których… powoli przestaję cenić za to, że ani na jotę nie chcą się zmienić. I chyba Red Sand staje się dla mnie takim właśnie zespołem…

MLWZ album na 15-lecie