Watch, The - Seven

Artur Chachlowski, Watch, The - Seven

Zgodnie ze swoim tytułem, „Seven” jest siódmym studyjnym albumem włoskiej formacji The Watch. A The Watch to – powszechnie wiadomo – grupa kojarząca się z koncertami, w trakcie których we wspaniały sposób odtwarza ona wczesną muzykę zespołu Genesis. Wszystko to dzieje się za sprawą osobowości, charyzmy i talentu Simone’a Rossettiego. I dzięki barwie jego głosu podobnej jak dwie krople wody do młodego Petera Gabriela.

Sześć poprzednich płyt The Watch recenzowaliśmy na portalu MLWZ.PL (zainteresowanych zapraszam do lektury w dziale Recenzje), więc właściwie wszystko w tym temacie zostało już przez nas dawno napisane. I zastanawiam się właśnie co nowego możemy dodać po premierze najnowszego krążka Włochów? Bo zasadniczo nic się nie zmieniło. Rossetti i spółka fundują nam kolejną porcję muzyki utrzymanej w stylistyce znanej ze starych płyt Genesis. Zmieniło się może to, że teraz The Watch robi to chyba najlepiej i najwspanialej w całej swojej historii.

Skupmy się na najważniejszych cechach płyty „Seven”. Po pierwsze, jest to album zawierający prawie wyłącznie oryginalne kompozycje zespołu. Wyjątkiem jest „The Hermit” – utwór znany z pierwszej solowej płyty Steve’a Hacketta, notabene wykonany tu z gościnnym udziałem samego Mistrza.  Po drugie, „Seven” został nagrany w takim samym składzie jak poprzedni krążek („Tracks From The Alps”” z 2014r.): Giorgio Gabriel (gitara elektryczna, akustyczna, bas), Simone Rossetti (wokal, melotron, klawisze, flet), Valerio de Vittorio (instrumenty klawiszowe, organy Hammonda), Marco Fabbri (instrumenty perkusyjne) i Mattia Rossetti (gitara basowa). A po trzecie, jest to, moim zdaniem, chyba jakościowo najlepsza płyta w całym dorobku The Watch. Zawiera wyłącznie dobre i – co nie zawsze udawało się w przypadku poprzednich albumów – rozpoznawalne, wyraźnie różniące się między sobą utwory (a różnie z tym było w przeszłości). Niektóre z nich, jak „Blackest Deeds”, finałowy „After The Blast”, „Copycat” czy wspomniany już „The Hermit”, z którego usunięto znaną z oryginału sekcję zagraną na rożku angielskim i flecie, a dołożonego doń efektowne finałowe solo na gitarze, to kompozycje z wysokiej, a nawet bardzo wysokiej, progresywnej półki.

I to by było na tyle. Ten album – acz obiektywnie naprawdę niezły – chyba niczego nie zmieni. Nie poszerzy on stylistycznej ani demograficznej strefy wpływów zespołu. Z drugiej strony, nie spowoduje też, że dotychczasowi fani odwrócą się do The Watch plecami. To album, który po prostu ugruntuje znane status quo. Jestem pewien, że ci, którzy kochają grupę The Watch z całym jej dobrodziejstwem inwentarza, z radością sięgną po płytę „Seven”. Zaś ci, którzy widzą we Włochach zwykłych imitatorów twórczości Genesis, zapewne wzruszą jedynie na jej widok ramionami…

MLWZ album na 15-lecie