LaBrie, James - Elements of Persuation

Artur Chachlowski,
ImageFanów głosu tego pana nie brakuje pod żadną szerokością geograficzną. Tysiące sympatyków grupy Dream Theater nie tylko wypatruje nowych płyt swojego ukochanego zespołu, ale z uwagą śledzi karierę poszczególnych członków tej amerykańskiej formacji. James LaBrie, który dał się poznać jako fenomenalny progmetalowy wokalista, uczestniczy nie tylko w nagraniach swojej macierzystej grupy oraz takich projektów, jak Frameshift, Ayreon, Leonardo, czy Explorer’s Club. Ostatnio coraz mocniej koncentruje się na swojej karierze solowej. Właśnie ukazała się jego nowa płyta zatytułowana „Elements Of Persuasion”.

I chociaż to dopiero pierwszy album sygnowany przez Jamesa jego imieniem i nazwiskiem, to warto podkreślić, że tak naprawdę to już trzecia płyta w jego solowym dorobku. Dwie pierwsze wydał pod szyldem „Mullmuzzler”. Współpracował na nich z Mattem Guillorym (k), Bryanem Bellorem (bg) i Mikiem Manginim (dr). Wszystkich ich usłyszeć można także na nowej płycie Jamesa. Jedyną nową twarzą jest młody włoski gitarzysta Marco Sfogli. Ale pomimo młodego wieku, to już doświadczony muzyk. Jego muzykujący rodzice, od lat specjalizujący się w world music, nie szczędzili mu artystycznych atrakcji i Marco od najmłodszych lat doskonale wie na czym polegają uroki tras koncertowych. Jego niebanalna gra stanowi spory atut albumu „Elements Of Persuasion”. Czy tych atutów jest więcej? Pozytywów poszukamy w dalszej części niniejszego omówienia. Teraz zaś zapytajmy Jamesa dlaczego zarzucił pomysł wydawania swoich płyt jako Mullmuzzler? „Chciałem zacząć pewne rzeczy od nowa. Niedawno podpisałem kontrakt z firmą InsideOut i nie jestem już związany z moją starą wytwórnią. I chociaż pierwotnie myślałem o nowym albumie jako o kolejnej płycie Mullmuzzlera, to pomyślałem sobie: kogo tak naprawdę interesuje szyld? Przecież i tak o wszystkim decyduje sama muzyka. Zresztą nowa wytwórnia wolała, bym wydał tę płytę pod swoim nazwiskiem. To była najlepsza chwila na zmiany, tym bardziej, że postanowiłem sporo też zmienić w brzmieniu moich piosenek. Wprowadziłem do niego pewne elementy eksperymentalne, sample, a nawet techno”.

Tę inność, a właściwie odrębność stylistyczną swoich solowych produkcji James podkreśla także podczas trwającego właśnie tournee promującego płytę „Elements Of Persuasion”. Na koncertach wykonuje on wyłącznie utwory z tego wydawnictwa. „Pragnę za wszelką cenę utrzymać własny materiał w pewnej opozycji do rzeczy, które nagrałem z innymi zespołami. To, że nie chcę wykonywać utworów z repertuaru Dream Theater, Frameshift, czy Madmen And Sinners jest moim świadomym i dobrze przemyślanym wyborem”.

Wygląda więc na to, że James LaBrie stara się na każdym kroku podkreślać swoją niezależność oraz, że przykłada on sporą wagę do rozwoju kariery solowej. No cóż, jego koledzy z macierzystego zespołu już dawno zdobyli sobie uznanie wydając swoje solowe płyty. Czy albumem „Elements Of Persuasion” James LaBrie ma szanse odnieść sukces wykraczający poza bezgraniczne uwielbienie fanów zespołu, w którym występuje na codzień?

Wydaje mi się, że nie będzie to takie łatwe. Po pierwsze dlatego, że popularność Dream Theater jest w chwili obecnej tak ogromna, że siłą rzeczy wszelkie solowe próby Jamesa, mniej lub bardziej mimowolnie, porównywane będą do jego dokonań z zespołem. A tu poprzeczka ustawiona jest przecież bardzo wysoko. Po drugie zaś, obiektywnie rzecz ujmując album „Elements Of Persuasion” nie jest - delikatnie mówiąc - jakimś przełomowym, czy odkrywczym dziełem. To rzetelna płyta, ale raczej z gatunku tych, o których dość szybko się zapomina. Piszę to z dużym bólem, ale niestety niewiele rzeczy przemawia za tym, żeby zapisać ją po stronie  plusów w karierze Jamesa. Jestem pewien, że po kilku latach będziemy o niej pamiętać wyłącznie z kronikarskiego obowiązku. Już sam początek tego wydawnictwa nie zwiastuje niczego dobrego. Utwór „Crucify” jakby na siłę chciał nawiązać do ciężkiej stylistyki ostatniej płyty Dream Theater „Train Of Thought”. Ale powiedzmy szczerze, jest to nawiązanie nie do końca udane, a frazy wyśpiewywane przez Jamesa w bardzo wysokich rejestrach już po kilkudziesięciu sekundach zaczynają drażnić. Następne nagranie „Alone” przepełniony jest elektronicznymi dźwiękami, automatami perkusyjnymi i wszelakiej maści samplami. I też mogą rozdrażnić zniecierpliwionych słuchaczy.  Kolejne nagrania z „Freak”, „Invisible” i „Undecided” na czele to wciąż ciężkie heavymetalowe granie i w dodatku, pomimo wyczuwalnych pewnych odniesień do Toola, brzmią z reguły bezbarwnie. Jest jednak kilka utworów, w których James daje odpocząć znużonym uszom słuchaczy, nie nadużywa swojego wysokiego tenoru i nie pędzi na łeb, na szyję z ciężkimi dźwiękami. I te właśnie nagrania przekonują mnie najbardziej. „Slightly Out Of Reach”, „Lost”, a przede wszystkim “Smashed” to zgrabne, balladowe piosenki, przy których naprawdę robi się miło i przyjemnie. Ale to zaledwie 3 krople w morzu 12 kompozycji, które tworzą łącznie całość, o której stosunkowo łatwo się zapomina. Po kilkukrotnym przesłuchaniu zawartości tej płyty nie odczuwałem jakiejś szczególnej potrzeby, by zbyt często powracać do tego materiału. Wygląda na to, że krążek „Elements Of Persuasion” potrzebny był Jamesowi po to, by upublicznić materiał, który nie został wykorzystany wcześniej w repertuarze Dream Theater. Najwyraźniej szefowie InsideOut Records uznali, że ten tuzin nagrań zamiast zalegać w czeluściach prywatnego archiwum frontmana Dream Theater powinien być wykorzystany do sprzedania produktu, wydanego pod znanym powszechnie w progmetalowych kręgach nazwiskiem. I w dodatku wydano go na płycie w momencie, który siłą rzeczy można uznać za swojego rodzaju „zapchajdziurą” w oczekiwaniu na nowy album Dream Theater. A jego premiera przecież już za kilka dni. Ósma studyjna płyta Dream Theater ukazuje się pod tytułem – nomen omen – „Octavarium” już 6 czerwca. I według słów kolegi Jamesa z zespołu, Johna Petrucciego będzie to pozycja niezwykła i wyjątkowa pod każdym względem. „Poprzedni album opracowywaliśmy na licznych próbach. Potem weszliśmy do studia i prosto z marszu nagraliśmy dobrze przećwiczone utwory. Dlatego wszystkie utrzymane były w podobnym metalowym stylu, z ciężkimi riffami i potężnym brzmieniem. Materiał na nową płytę powstał nie na próbach, a już w studiu nagraniowym i w ujęciu pojedynczych utworów jest on zdecydowanie bardziej różnorodny” – dodaje Petrucci. No cóż,  nie ma co ukrywać:  cała progmetalowa społeczność niecierpliwie wypatruje nowego albumu Dream Theater z wielkimi nadziejami.. Dlatego też najlepiej będzie, gdy nie spędzimy teraz zbyt wiele czasu na krytyce średnio udanej solowej płyty Jamesa LaBrie, a raczej potraktujemy ją jako przystawkę do głównego dania serwowanego pod nazwą „Octavarium”, które na naszych stołach, pardon, w naszych odtwarzaczach wyląduje w drugim tygodniu czerwca. A 4 października w poznańskiej Arenie odbędzie się jeden, jedyny koncert Dream Theater w naszym kraju w ramach trasy „Octavarium World Tour 2005/2006”!!!

MLWZ album na 15-lecie