D Project

Nosound - Lightdark

Artur Chachlowski,

ImageSam zastanawiam się jak zacząć. Bo mam kłopot i to niemały. W małoleksykonowej rubryce z recenzjami, w której od czasu do czasu prawię Wam kazania o lepszych i gorszych płytach z kręgu progresywnego rocka, zamierzam dziś zapomnieć o szufladkach, etykietkach i przynależnościach gatunkowych. Zacznę więc inaczej niż zwykle...

Wyobraźcie sobie listopadowy wieczór, gdy za oknem ziąb, deszcz i wiatr, gdy w ogóle nie chce się opuszczać ciepłego domowego zacisza. Najlepiej jest wtedy umilić sobie tę nieprzyjemną aurę panującą na zewnątrz jakąś malutką przyjemnością. Albo jeszcze lepiej: czymś, co sprawia radość przeogromną. Jednym z najlepszych rozwiązań jest sięgnięcie po specjalną muzykę. Muzykę, która rozgrzeje, a także wprawi w odpowiedni nastrój. Wydaje mi się, że nie ma chyba lepszej opcji, niż włączenie takiej płyty, jak ta: „Lightdark” włoskiej grupy Nosound. To formacja założona w 2002 roku przez Giancarlo Errę, która zadebiutowała jakże udanie przed trzema laty albumem „Sol 29”. Już wtedy wychwalano Nosound za umiejętne nawiązania do twórczości Porcupine Tree i No-Man. Głos w tej sprawie zabrał nawet sam Steven Wilson, który wielokrotnie w ciepłych słowach wyrażał się na temat wizji muzyki granej przez Nosound. Album „Lightdark” przynosi chyba jeszcze więcej jeżozwierzowych klimatów niż poprzednik. Co więcej, w jednym utworów („Someone Starts To Fade Away”) główną linię wokalną prowadzi wokalista No-Man, Tim Bowness. Cała nowa płyta wypełniona jest eteryczną, spokojną muzyką utrzymaną w bardzo melancholijnym nastroju. W tym duchu utrzymany jest też natchniony wokal Giancarlo, który swoją spokojną, pełną dystansu ekspresją nieomal bliźniaczo upodabnia się do głosu Stevena W. śpiewającego balladowe pieśni Jeżozwierzy.

Nieważne czy słuchamy trzyminutowego intro „About Butterflies And Children”, czy trwającej ponad kwadrans suity „From Silence To Noise”, czy jakiegokolwiek innego spośród 5 pozostałych nagrań, cały czas mamy do czynienia ze spokojną i niezwykle atmosferyczną muzyką. A przy tym zagraną w przeuroczy sposób, który sprawia, że ilekroć by nie przesłuchało się tej płyty, to wciąż jest mało. Giancarlo Erra i spółka wyszli ze sprytnego założenia, że nie ilość, a jakość się liczy. I muszę przyznać, że 53 minuty, które spędza się z albumem „Lightdark”, choć zawiera on dostojną i leniwie sącząca się z głośników muzykę, należą do najszybciej upływających minut w historii muzyki. Nieśpieszny klimat całości wypełniony krystalicznie czystymi dźwiękami akustycznych i elektrycznych gitar, syntezatorów, delikatnej perkusji, somnambulicznego basu oraz wiolonczel (gościnny udział Marianne DeChastelaine) potrafi wprawić odbiorcę w nadzwyczajny nastrój pełen zadumy, refleksji, spokoju, niemal narkotycznego upojenia.

Dlatego radzę dziś wszystkim: zapomnijcie na chwilę o etykietkach. Nazwijcie tę muzykę rockiem progresywnym, art rockiem, muzyką relaksacyjną, czy muzyką do słuchania przy świecach. Nazwijcie ją jak chcecie. Albo najlepiej w ogóle jej nie nazywajcie. Włączcie po prostu płytę „Lightdark” i nastawcie się na odbiór magicznych dźwięków, niepowtarzalnych klimatów, które – przyrzekam – sprawią Wam mnóstwo satysfakcji przy słuchaniu.

MLWZ album na 15-lecie