Holden, John - Capture Light

Artur Chachlowski, Holden, John - Capture Light

Ten album pojawił się znikąd. Niespodziewanie. I to już na wiosnę tego roku. Do moich rąk dotarł jednak dopiero u schyłku lata. Trochę żałuję, że nie wcześniej, bo ten muzyczny rok byłby jeszcze piękniejszy, a wakacje jeszcze bardziej udane. Ale lepiej późno niż wcale. Dobrze, że jest.

John Holden to poczatkujący, mieszkający w angielskim Cheshire, twórca, któremu udało się zaprosić do współpracy znane postaci współczesnej sceny progresywno-rockowej. Joe Payne, Billy Sherwood, Oliver Wakeman, Peter Jones… - to tylko kilka pierwszych z brzegu nazwisk. Skomponował i nagrał płytę utrzymaną w najlepszej tradycji angielskiego art rocka. Pełną pięknej szlachetnej muzyki. Muzyki, której stylistycznie chyba najbliżej do dzieł The Alan Parsons Project, Yes, The Enid czy Renaissance.

Płytę „Capture Light” otwiera utwór zatytułowany "Tears From The Sun" zaśpiewany przez wywodzącego się z grupy The Enid, Joe Payne’a. To trwający blisko 10 minut symfoniczny i niemal operowy tour-de-force z dostojnymi partiami instrumentów klawiszowych w wykonaniu Olivera Wakemana. To zarazem świetna, wielowarstwowa i dramatyczna kompozycja z przebogatą instrumentacją tworzącą złożoną dźwiękową mozaikę, która przykuwa uwagę odbiorcy od pierwszej do ostatniej minuty. Piękny początek udanie zapowiadający to, co na płycie nastąpi dalej.

Podobny klimat panuje w tytułowej kompozycji, która na płycie „Capture Light” oznaczona jest indeksem 3. John pokazuje, że posiadł on sztukę opowiadania wspaniałych historii pełnych dramatycznych zwrotów akcji i zabiera słuchacza we wciągającą muzyczną podróż. Znowu swoim śpiewem czaruje Joe Payne (ten facet to czysty talent!), a elegancki fortepian Olivera Wakemana po raz kolejny dodaje prawdziwego patosu do tego, co jest już samym w sobie niesamowicie dramaturgicznym i emocjonalnym utworem. W tle słyszymy też stylową gitarę (Oliver Day), lutnię i mandolinę. Utwór ”Capture Light” jest jednym z najbardziej przyjemnych i pochłaniających fragmentów tej płyty. Kto wie, być może to także jedna z najpiękniejszych kompozycji, jakie usłyszałem w tym roku?...

Nagranie „Crimson Sky” to epicki symfoniczny rock w najlepszym wydaniu. Na wokalu po raz pierwszy i nie ostatni Julie Gater, która swoim śpiewem wnosi ton celtyckiego rocka w stylu wczesnej Karnataki. W finale pojawia się finezyjne gitarowe solo w wykonaniu Billy'ego Sherwooda (Yes), które nadaje temu utworowi klasycznej lekkości. A lirycznie? Julie śpiewa przepięknie. Romans, namiętność, pożądanie i przyspieszone bicie serca. Wspomnienia i zauroczenie. Przepiękny utwór. W zamierzchłych czasach wydano by go na singlu i stałby się on wielkim przebojem.

W „Ancient Of Days” śpiewa… Jean Pageau z grupy Mystery. Niespodzianka, prawda? W chórkach wspomagają go Lee-Anne Beecher i Marc Atkinson (Riversea). Nagranie to, szczególnie dzięki ciekawemu mostkowi w jego połowie, nabiera soundtrackowego charakteru. Można sobie wyobrazić, że ta piosenka jest częścią ścieżki dźwiękowej do jakiegoś epickiego filmowego fresku o etnicznym charakterze.

„One Race” to nagranie poświęcone Jesse Owensowi i jego występowi na olimpiadzie w Berlinie. Joe Payne po raz trzeci staje za mikrofonem, a tym razem wspomagany jest przez śpiewającego Maxa Reada. Znowu pojawia się tu celtycki klimat, a do głowy przychodzą muzyczne skojarzenia z muzyką Clannad i Enyi.

Pora na kolejnego killera na tym albumie. Oto rozpoczyna się utwór „Dreamcatching”. Przyznam, że wchodził mi do uszu powoli, ale jak już wszedł, to na długo. Jego konstrukcja oparta jest na swoistym dwugłosie słowa mówionego oraz uporczywie wyśpiewywanego anielskim głosem przez Julie Gater tytułu piosenki. To, co działa tu wyjątkowo dobrze, to piękne partie fletu i saksofonu w wykonaniu Petera Jonesa (tak, tak, tego z grupy Camel!).

Kolejne nagranie to „No Man’s Land”. Utrzymane jest w lekko jazzującym stylu (świetna partia na elektrycznym fortepianie!), a jego pulsujący i mroczny rytm (na perkusji słyszymy Gary’ego O’Toole’a z zespołu Steve’a Hacketta) daje idealny podkład pod przepięknie (znowu!) zaśpiewaną przez Julie Gater linię melodyczną.

Na koniec mamy jeszcze senną i kontemplacyjną piosenkę „Seaglass Hearts” zaśpiewaną w duecie przez Petera Jonesa i Julie Gater. To godne całości, a przy tym bardzo sentymentalne zakończenie albumu. Gdy tak słucham śpiewu Julie i łagodnie unoszących się w powietrzu delikatnych harmonii wokalnych, to myślę sobie, że tak w 2018 roku mogłaby brzmieć grupa Renaissance, gdyby wciąż nagrywała nowe piosenki…

Płyta „Capture Light” to niesamowicie wciągająca podróż przez mistyczne i historyczne baśniowe krainy. To zarazem bezpośrednie nawiązanie do typowo angielskiej tradycji symfonicznego rocka. Z jednej strony bardzo mocno zakorzeniona w starych czasach, a z drugiej – wpuszczająca mnóstwo świeżego powierza do tego, co w XXI wieku dzieje się w tzw. prog rocku. Imponujące jest, że koordynujący całość, grający na gitarach i syntezatorach oraz czuwający nad programmingiem stosunkowo mało znany artysta zebrał imponującą grupę tak wspaniałych muzyków i zaprezentował płytę, która może okazać się jednym z najważniejszym wydarzeń tego roku.

MLWZ album na 15-lecie