Phideaux - Infernal

Artur Chachlowski, Phideaux - Infernal

„Infernal” jest domknięciem płytowej trylogii Phideaux, która zapoczątkowana była dwoma albumami „The Great Leap” (2006) i „Doomsday Afternoon” (2007). Teraz, po ponad 10 latach Phideaux powraca do tematu funkcjonowania w przemysłowym, autorytarnie rządzonym i totalnie kontrolowanym społeczeństwie. W ujęciu dość podobnym do Orwellowskiego „Roku 1984” przedstawia dystopijną opowieść o rozdzieleniu, stracie i chaosie w futurystycznym, zniszczonym ekologicznie świecie. Z jednej strony to pełna fikcja, a z drugiej – historia prorocza. Kto wie?... Klimat tej opowieści doskonale oddają utrzymane w duchu malarstwa Hieronima Boscha i Salvadore Dali obrazy autorstwa Molly Ruttan, których reprodukcje wypełniają szatę graficzną tego wydawnictwa. Jak z nich można wnioskować, „Infernal” to opowieść o prawdziwie piekielnym świecie. Stąd zapewne tytuł płyty…

Warto przypomnieć, że dziesięcioletni okres, jaki minął od wydania poprzedniej części trylogii wypełniony został dwoma innymi swoimi albumami Phideaux: „Number Seven” (2009) i „Snowtorch” (2011). Tak czy inaczej, upłynęło aż siedem długich lat w oczekiwaniu na nową muzykę Amerykanina. Wydanie „Infernal” poprzedziła 25-minutowa EP-ka „We Only Have Eyes For You”, która w związku z tym, że zawierała aż siedem nagrań z nowej płyty (w tym tytułowe aż w dwóch wersjach), pilotowała właściwe wydawnictwo oraz pełniła rolę umownej „piątej” strony albumu „Infernal”. Bo trzeba wiedzieć, że został on wydany w analogiczny sposób do starych dwupłytowych płyt winylowych – z rozkładaną okładką, z dwoma krążkami włożonymi w papierowe koperty i wsuniętymi do rękawów okładki oraz klasycznym podziałem materiału muzycznego na cztery części – na cztery umowne ‘analogowe’ strony. Co więcej, dołożono do niego dwa warianty książeczki: jedną typową dla albumu CD, a drugą – charakterystyczną dla rozkładanej koperty płyty analogowej.

Nie ukrywam, że Phideaux od lat należy do ulubionych wykonawców redakcji MLWZ.PL. Ulubionych, a przy tym najbardziej chyba w naszym kraju niedocenianych. No cóż, zespół Xaviera Phideaux z rzadka koncertuje, a już prawie w ogóle nie robi tego w Europie. Nic dziwnego, że jego dorobek jest w Polsce mało znany. Tym bardziej chciałbym zachęcić do sięgnięcia po nowy album, a robię to z podwójną przyjemnością, gdyż na „Infernal” Phideaux po prostu zachwyca swoim oryginalnym pomysłem na to jak w XXI wieku powinna brzmieć progresywno-rockowa muzyka. Na czym polega największa zaleta jego muzyki? Przy całej swojej ‘progresywności’ łączy ona w sobie całą gamę współczesnych alternatywnych trendów i dzięki temu w efekcie powstaje coś, co okazuje się niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju, a do tego urzekające. Od strony wokalnej Phideaux bardzo często stosuje męsko–żeńskie duety (obok Phideaux główne partie wykonuje pani Valerie Gracious), a cała płyta posiada mnóstwo powracających, a przy tym szybko wpadających w ucho tematów, których chwytliwość ujawnia się po kilkakrotnym przesłuchaniu. Bo, aby poznać wszystkie walory płyty „Infernal” trzeba jej posłuchać wielokrotnie. To taka typowa płyta z wieloma warstwami odsłaniającymi się dopiero po pewnym czasie.

Jest sporo świetnych momentów na tym blisko 90-minutowym albumie i tak naprawdę nie ma on słabych punktów. Nie ma na nim jakichkolwiek zgrzytów, nietrafionych aranżacji, rozczarowujących utworów, samo wykonanie ociera się o granicę perfekcyjnej precyzji. Do najbardziej wyróżniających się utworów należą niewątpliwie „c99”, „Inquisitor”, „Walker”, „Wake The Sleeper” oraz prawdziwe magnum opus tego wydawnictwa: czternastominutowa kompozycja „From Hydrogen To Love”. Nie można tu też nie wspomnieć o piosenkowym nagraniu „We Only Have Eyes For You”. Ciekawy zabieg zastosowano na tzw. „stronie trzeciej” płyty. Otóż wszystkie sześć wypełniających ją tematów opatrzono muzyczną klamrą w postaci dwóch części utworu „The Order Of Protection”, dzięki czemu całość nabrała kształtu 23-minutowej zamkniętej suity. Warto jednak podkreślić fakt, że wspólną cechą wszystkich fragmentów tego wydawnictwa jest to, że świetnie wpisują się one w brzmieniowy kontekst całości, która wspaniale uzupełniana jest przez pojawiające się to tu, to tam krótsze, miniaturkowe czy mające formę muzycznych łączników tematy, jak „Crumble”, „The Order Of Protection (One)” czy „Transit”. Dzięki temu cały materiał posiada bardzo dynamiczny flow i zachowuje logiczną ciągłość.

Dobrze, że Phideaux powrócił. Ofiarował nam bardzo solidną płytę, na której nie schodzi poniżej pewnego wysokiego, już dawno ustanowionego swoimi poprzednimi wydawnictwami, poziomu.

MLWZ album na 15-lecie