The Pineapple Thief - Dissolution

Przemysław Stochmal, The Pineapple Thief - Dissolution

Wydając przed dwoma laty album „Your Wilderness”, zespół The Pineapple Thief tchnął nową jakość w swoją aktywnie prowadzoną karierę. Przywiązanie Bruce’a Soorda do pomysłowych i dopieszczonych aranżacji oraz nienagannej produkcji zaowocowało perfekcyjnie brzmiącym materiałem, na co ogromny wpływ miała obecność gości, przede wszystkim zaś perkusisty Gavina Harrisona (Porcupine Tree, King Crimson). Dzięki korzystnemu układowi gwiazd i, last but not least - zwyżce artystycznej formy Soorda, powstała pierwsza od dłuższego czasu płyta zespołu od A do Z udana, nie zmuszająca do usilnego szukania momentów naprawdę wartych uwagi.

Tymczasem okazuje się, że mimo podtrzymania personalnej konfiguracji, która przyniosła sukces i zatrudnieniu Harrisona na stałe (tu również w roli współkompozytora), ukazujący się właśnie nowy materiał The Pineapple Thief nie jest choćby w połowie tak dobry, jak ten wypełniający „Your Wilderness”. Choć pozornie zmieniło się niewiele, nadal charakterystycznej melancholii czy niespodziewanej zadziorności Soorda nie da się pomylić z niczym innym, to tak naprawdę różnica w stosunku do poprzedniczki jest niemała. Zespół najwyraźniej poprzeczkę postawił przed dwoma laty zbyt wysoko i na nowej płycie „Dissolution” zwyczajnie nie ma do zaoferowania ciekawych, niezapomnianych kompozycji.

Wielka szkoda, bo z samej rozpiski programu płyty można by wnioskować, że ten trwający niespełna trzy kwadranse album skrojony został według ambitnych i sprawdzonych progrockowych wzorców – kilkuminutowe czasy trwania sugerujące piosenkową formułę przeplatane z jedno-dwuminutowymi miniaturkami i jedenastominutowa kompozycja usytuowana blisko finału programu – taki układ mógłby pozytywnie pobudzić wyobraźnię. Okazuje się jednak, że jeśliby szukać czegokolwiek zapadającego w pamięć na dłużej, to jedynie wśród standardowych, piosenkowych form. Tak zatem całkiem pozytywnie wypadają choćby energiczne, opatrzone udanymi refrenami „All That You’ve Got” i „Far Below” czy balansujący pomiędzy nastrojami „Shed A Light”. Poza tym niewiele ciekawego da się tu odnaleźć.

Tym bardziej to rozczarowujące, że wspomniany długi utwór, zatytułowany „White Mist”, zamiast stanowić rzeczywisty gwóźdź programu, mimo wielu pozornych atutów ostatecznie również wypada dość blado. Do wzięcia udziału w nagraniu zaproszono legendarnego Davida Torna, który swoimi czarodziejskimi gitarowymi sztuczkami buduje specyficzny klimat, a dzięki niepodrabialnemu stylowi dbającego o odpowiednią rytmikę Gavina Harrisona przychodzą do głowy wspomnienia choćby „Anesthetize” z repertuaru Porcupine Tree. Ale poza tymi spacerockowymi czarami i zaklęciami więcej dobrego tu niestety nie uświadczymy – zamiast opus magnum otrzymujemy jedenastominutową wydmuszkę pozbawioną przykuwającej uwagę muzycznej treści.

Zarzut ten niestety z grubsza odnieść można do niemal całego albumu. „Dissolution” to bogata paleta doprawdy wysmakowanych dźwięków, kawał formalnie wyśmienitej muzyki, a jednak – właściwie pustej w środku.

MLWZ album na 15-lecie