McKennitt, Loreena - Lost Souls

Wojciech Bieroński, McKennitt, Loreena - Lost Souls

Loreena McKennitt nie nagrywa rocka progresywnego, ale chyba nie będzie przesadą stwierdzić, że wśród słuchaczy tej muzyki w Polsce jest artystką wyjątkowo lubianą. Melodyjny, atmosferyczny folk to wszak składnik, który potrafi zachwycić zarówno w połączeniu z rockiem, jak i bez niego - stąd z pewnością niejeden fan progrocka na ściennej półce ma też kolekcję płyt Clannad, Enyi czy Loreeny McKennitt właśnie.

Przez kilka ładnych lat fani kanadyjskiej wokalistki i harfistki zmuszeni byli jednak ściągać z owych półek płyty nieco już zakurzone. Ostatni studyjny album McKennitt wydała dawno - w 2010 roku. A wydawnictwo, na którym znalazły się własne kompozycje - jeszcze dawniej (Ancient Muse, 2006). Artystka od dawna nie nagrywa już tyle, co w latach dziewięćdziesiątych, jednak ostatnia przerwa była tak długa, że… ucieszenie czymś fanów urosło do rangi obowiązku. Przyznam więc, że wieść o tegorocznej studyjnej premierze płyty zatytułowanej „Lost Souls”, ucieszyła mnie niezmiernie.

Loreena McKennitt jest muzykiem eklektycznym i w swoich kompozycjach czerpie z folku różnorodnych regionów świata. Mimo to, można w wypadku jej płyt mówić o pewnej przewidywalności. Mimo że różne, są do siebie podobne. I tak też jest w wypadku Lost Souls. Gdybym fanowi McKennitt dał w dniu premiery tę płytę do ręki i powiedział: “No wiesz, Loreena jak Loreena”, to właściwie wszystko byłoby wiadome. Wiadomo, że ta muzyka brzmi. Jest idealna zarówno do puszczenia w tle, jak i świetnie sprawdza się, gdy ze szklaneczką whisky (a w moim wypadku - miodu pitnego) chcemy usiąść wygodnie w fotelu i zatopić się w muzyce. Fantastyczne wartości produkcyjne to od dawna jeden z głównych atutów płyt Kanadyjki. Nie jest więc żadnym zaskoczeniem, że „Lost Souls” to album, który brzmi pięknie.

Mimo to, jest to również płyta wyjątkowo jak na Loreenę McKennitt spokojna. Jej albumy zawsze stanowiły miks śpiewnych hymnów z energetyzującymi tematami instrumentalnymi. Jednak na „Lost Souls” punkt ciężkości jest wyraźniej przesunięty w stronę tego pierwszego. O takiej muzyce mówi się czasem “intymna”, nawet jeśli nie dotyczy to warstwy lirycznej. I takie są właśnie utwory, które słyszymy na „Lost Souls”. Czy to dobrze? Nie ukrywam, że nie obraziłbym się, gdyby momentami było tutaj nieco więcej tempa i więcej kompozycji w stylu “Manx Ayre” czy “Sun, Moon and Stars”. Jednak jeśli lubicie Loreenę w takim właśnie wydaniu - nieco bardziej kameralnym, to nie będziecie zawiedzeni.

Tegoroczna płyta Loreeny McKennitt to więc muzyka, która brzmi pięknie - jak zwykle zresztą. To płyta, która ma “momenty”. Wreszcie, to ten typ albumu, któremu należy dać trochę czasu, gdyż sprawia lepsze wrażenie po kilku odsłuchach niż na początku. Czy postawiłbym „Lost Souls” na równi z moimi ulubionymi płytami artystki? Raczej nie postawiłbym. Jednak przy wysokim i wyrównanym poziomie całej jej dyskografii, nie jest to poważniejszy argument na “nie”.

Na koniec przypominajka: w marcu 2019r. Loreena McKennitt wystąpi na dwóch koncertach w Polsce (w Krakowie i w Zabrzu).

MLWZ album na 15-lecie