Ljungblut - Villa Carlotta 5959

Artur Chachlowski, Ljungblut - Villa Carlotta 5959

Mam dziś dla Was kolejną nową płytę z ukochanej przez wielu muzycznej Norwegii. W dodatku płytę zaśpiewaną w języku norweskim. Mało tego, idealnie pasującą na jesienne długie noce i krótkie, coraz chłodniejsze, dni.

Wszystko zaczęło się w 2005 roku. Wtedy to Kim Ljung - kompozytor i basista grup Seigmen oraz Zeromancer po raz pierwszy objawił się światu pod swoim scenicznym pseudonimem Ljungblut. Pod tym szyldem, przy współpracy z innym członkiem Zeromancer, Danem Heide, w krótkim czasie nagrał trzy angielskojęzyczne albumy: "The Other Side Of All Things”, „Influences For A New Album” oraz „Capitals". Wszystkie wydane zostały przez prywatną wytwórnię Kima – Pleasuredisc. Każdy ukazał się w ilości tysiąca numerowanych egzemplarzy. Wszystkie rozeszły się jak ciepłe bułeczki. Wielki sukces.

Pomimo tego, kilka lat później Kim Ljung postanowił nieco zmienić podejście do prezentowania swojej muzyki. Powołał do życia regularny zespół o nazwie Ljungblut, do którego, obok Dana Heide, zaprosił znanego z grupy Apoptygma Berzerk, perkusistę Teda Skogmanna oraz Joakima Brendsrøda i Sindre Pedersena. Mało tego, zaczął pisać teksty do swoich utworów w ojczystym języku: "Norweskie słowa nagle sprawiły, że moja muzyka stała się to jeszcze bardziej sprawą osobistą" - wyjaśnia Kim. I dodaje: „Mój przekaz stał się jak balsam na życiowe blizny, które starałem się przez jakiś czas ukryć. Moje piosenki zaczęły opowiadać o bezwarunkowej miłości, ale też i o nienawiści. Są niczym podręcznik mówiący o tym jak leczyć ból serca i ból głowy”.

I rzeczywiście, w muzyce zespołu, bo tak od 2011 roku powinniśmy mówić o Ljungblut, aż kipi od emocji. Ale nie tych rozedrganych, nerwowych i obdarzonych głośną ekspresją, ale raczej wyciszonych, skupionych, melancholijnych, ukrytych gdzieś głęboko w środku. Tak właśnie było na dwóch kolejnych, wydanych niezależnie, albumach: "Over skyene skinner alltid solen" (2012) i "Ikke alle netter er like sorte" (2016), tak właśnie znowu jest na najnowszym krążku „Villa Carlotta 5959”, którego premiera (Karisma Records) przewidziana jest na 2. dzień listopada br.

Kim Ljung i jego Ljungblut musiał więc przejść długą drogę, by związać się kontraktem z renomowanym wydawcą, który zapewni płycie „Villa Carlotta 5959” światową dystrybucję. Dzięki temu jest spora szansa, że album ten trafi na polski rynek, co powinno ucieszyć wszystkich sympatyków muzyki z Krainy Wikingów. A wiem, że jest ich całkiem spora gromadka. Co potrafi urzec w nowym albumie grupy Ljungblut? Jest on cichy, spokojny, delikatny i melancholijny. Atmosferyczny. A więc taki, za co często chwali się muzykę Wikingów. W dodatku wszystko to połączone jest z pięknymi i mądrymi tekstami. Niestety, większość fanów pewnie nie zrozumie słów poszczególnych utworów, ale myślę, że może to być okazja do pobudzenia własnej wyobraźni. Norweskie teksty na pewno nie ułatwią bardziej bezpośredniego przekazu, ale nie od dziś wiadomo, że skandynawskie języki mają to do siebie, że fenomenalnie pasują do takich właśnie melancholijnych i mrocznych, a przy tym melodyjnych, klimatów. W każdym razie z tego co udało mi się rozszyfrować, to otwierające płytę nagranie „Hasselblad” mówi o aparatach fotograficznych tej marki (czyż nie jest to lokowanie produktu? A może koncern Hasselblad jest hojnym mecenasem twórczości Ljunga?) pozostawionych na powierzchni Księżyca przez pierwszą ekspedycję na naszego satelitę. To dzięki aparatom EL 500 każdy z nas pamięta historyczne fotografie załogi Apollo 11. Z kolei „Superga” opowiada o katastrofie lotniczej z 1949 roku, kiedy to u stóp wzgórza Superga pod Turynem zginęła tragicznie cała drużyna piłkarska AC Torino. Z kolei dwa zamykające album oniryczne utwory „Min krig” („Moja wojna”) i „Aldri helt stille” („Nigdy całkiem spokojny”) mówią o bolesnych zmaganiach Kima z chroniczną migreną, na którą cierpi od wielu lat. Jest jeszcze w tym zestawie utwór „Til Warszawa”, w którym bezbłędnie, bez śladu obcego akcentu, wyśpiewywana jest w refrenie nazwa naszej stolicy. Domyślam się, że z jakichś względów Warszawa jest ważnym miastem dla Kima Ljunga i spółki, skoro poświęcono jej ten piękny utwór. Natomiast jaka historia wiąże się z tytułową willą Carlottą i gdzie jest ona usytuowana – tego niestety nie udało mi się rozszyfrować…

Ljungblut na „Villa Carlotta 5959” prezentuje nastrojową, chwilami wręcz melancholijną muzykę z zauważalnymi elementami melodyjnego post rocka, a nawet tego, co zwykło się określać mianem ‘dream popu’ i robi to w bardzo oryginalny sposób. Jest na tym albumie mroczno, spokojnie i długimi chwilami bardzo melancholijnie, ale nie jest ten typ melancholii, że nic tylko siąść i płakać, ale niezwykle udane połączenie sonicznej głębi, muzycznej przestrzeni, poruszających melodii oraz przejrzyście czystej i nostalgicznej atmosfery. Myślę, że na albumie tym usłyszeć można trochę uduchowionej Anathemy, jest też coś z produkcji spod znaku The National, ale Ljungblut to po prostu… Ljungblut. I tego nic nie zmieni.

Przyznam, że nie takiej muzyki spodziewałem się po wydawanej przez Karisma Records płycie i byłem (wciąż jestem!) mocno zaskoczony tym, co usłyszałem na najnowszym krążku grupy Ljungblut. Ale jest to niezwykle przyjemne zaskoczenie. Ta muzyka z każdym przesłuchaniem staje się coraz bardziej ekscytująca i jeśli ktoś naprawdę kocha muzykę, muzykę przez duże M, bez względu na etykietki i wszelkiej maści szufladki, ten zdecydowanie powinien sięgnąć po album „Villa Carlotta 5959”. Na pewno tego nie pożałuje.

Na płytę „Villa Carlotta 5959” trzeba będzie trochę poczekać. Jak już wspomniałem, jej sklepowa premiera przewidziana jest na 2 listopada. Wtedy będzie już pewnie bardzo jesiennie. A ta chwytająca za serce jesienna melancholia w wydaniu Ljungblut to najlepszy przykład tego rodzaju muzyki, w jakiej norweska nacja nie ma sobie równych.

MLWZ album na 15-lecie