Ifsounds - An Gorta Mór

Artur Chachlowski, Ifsounds - An Gorta Mór

„An Gorta Mór” to już ósmy studyjny album włoskiej grupy Ifsounds, która zadebiutowała na początku XXI wieku i kilka pierwszych swoich wydawnictw firmowała krótszą nazwą ‘If’. Zespół działa pod muzycznym kierownictwem Dario Lastelli, który praktycznie dla potrzeb każdej kolejnej płyty dobiera sobie nowy skład muzyków. Tym razem, w porównaniu do poprzedniej płyty „Reset” z 2015 roku, zmienił się jedynie perkusista i chyba dlatego brzmienie grupy – choć nadal dość mocno eklektyczne i wymykające się jednoznacznemu zaszufladkowaniu – wydaje się soniczną kontynuacją tamtej płyty. I niestety powiela też te same błędy, co poprzedni krążek. Stąd nie wydaje mi się, by „An Gorta Mór” porwał statystycznego słuchacza, który ukochał sobie progrockowe brzmienia. Spora rozpiętość stylistyczna, stosunkowo mała ilość zapadających w pamięć melodii, a przede wszystkim dość kontrowersyjnie brzmiący, zachrypnięty i posiadający wyraźne inklinacje w stronę bluesa śpiew w wykonaniu Runala (Pierluca De Liberato) może skutecznie zniechęcić przed wnikliwym poznaniem zawartości tej płyty.

„An Gorta Mór” jest albumem koncepcyjnym podejmującym temat ucieczki: utwór otwierający („Mediterranean Floor”) i zamykający ten album (suita „An Gorta Mór) budują pomost między tragedią irlandzkiego głodu oraz masowym exodusem Irlandczyków do Ameryki w połowie XIX wieku. W pewnym stopniu opowiadane tu historie nawiązują też do trwającej obecnie fali migracji z Afryki do Europy przez Morze Śródziemne. Pozostałe nagrania opowiadają o ucieczce i desperacji, ale z nieco innego punktu widzenia, koncentrując się na różnych kwestiach społecznych, takich jak bezrobocie i przemoc w rodzinie.

Dałem tej społecznie zaangażowanej płycie kilka szans i przesłuchałem ją uważnie co najmniej pięć – sześć razy. Na szczęście nie jest ona długa (40 minut), lecz wniosek jaki nasuwał mi się po każdorazowym jej wysłuchaniu był taki, że z estetycznego punktu widzenia śmiało można pominąć pierwsze cztery utwory, a słuchanie albumu rozpocząć (oraz zakończyć) od ostatniej na płycie, 22-minutowej kompozycji tytułowej. To ona, wciąż ze swoim eklektyzmem i dużą rozpiętością stylistyczną, ale i bogactwem wykorzystanego tu instrumentarium (Matteo Colombo gra na skrzypcach, a Francesco Forgione na bhodránie) oraz gościnnym udziałem kilku innych niż Runal wokalistów (w tym świetnej operowej partii w wykonaniu sopranistki Alessandry Santovito), układa się w najbardziej logicznie poukładany i dość dobrze przemyślany utwór, przy którym można spędzić sporo miłych, a nawet podniosłych chwil.

Początek płyty nie przekonuje. Za to koniec już tak. I to nawet bardzo.

MLWZ album na 15-lecie