Windmill, The - Tribus

Artur Chachlowski, Windmill, The - Tribus

The Windmill to norweski progresywny zespół rockowy założony w 2001 roku na przedmieściach Oslo. Jego muzyka wpisuje się w ramy symfonicznego rocka inspirowanego przez czołowe zespoły ze złotych lat siedemdziesiątych, takie jak Genesis, Pink Floyd i Camel. Słychać w niej też delikatny powiew neoprogresu. Debiutancki album "To Be Continued..." został wydany w maju 2010 roku, a jego kontynuacja w postaci płyty zatytułowanej – nomen omen - "The Continuation" została wydana w 2013 roku. Oba wydawnictwa zyskały świetne recenzje oraz uznanie fanów praktycznie na całym progresywnym świecie. Nic dziwnego, że z niecierpliwością czekano na płytową kontynuację windmillowej sagi. Ukazuje się ona na płycie zatytułowanej „Tribus” 15 listopada nakładem wytwórni Apollon Records. Materiał został zmiksowany przez Karla Grooma (Threshold) w Thin Ice Studios, a przepiękna szata graficzna albumu (każdemu utworowi przypisano jeden obraz) została opracowana przez żonę keyboardzisty Jean Roberta Viita, Kirsten.

Skąd tytuł „Tribus”? Może on oznaczać wiele rzeczy. Na przykład ‘tribus’ to łacińskie słowo oznaczające jedną lub więcej blisko spokrewnionych ze sobą grup organizmów, czyli w zależności od kontekstu, plemion, kategorii, bądź gatunków, co opcjonalnie określa się w systemie biologicznym jako rodzinę. The Windmill to także zbiór muzycznych indywidualności, którym przyświeca wspólny cel. Poszczególni członkowie są niczym aktywne gałęzie jednego „drzewa”, a zarazem tworzą jedną wspólną muzyczną familię – żywy organizm tworzący zachwycające dźwięki i charakterystyczne windmillowe brzmienie.

Bo właśnie z takimi mamy do czynienia na nowej płycie. Podobnie jak na poprzednich albumach, produkcje The Windmill na płycie "Tribus" są stylową i eklektyczną odmianą neo progu wymieszanego z brzmieniami klasycznych lat 70. W efekcie daje to dobrze zbalansowaną muzykę pełną szybko, i co najważniejsze, na długo zapadających w pamięć motywów. Już początek płyty rozpoczynający się od akustycznych dźwięków gitary i grającego z nią unisono fletu potrafi zachwycić i zaintrygować. A przecież to dopiero wstęp do ponad 20-minutowej wielobarwnej suity „The Tree”, która pomimo swoich niebagatelnych rozmiarów skupia na sobie uwagę odbiorcy od początku do samego końca. Partia wokalna Mortena Clasona (gra on na tej płycie również na saksofonach i fletach) wchodzi dopiero w siódmej minucie, a swoim śpiewem przedstawia on całą paletę różnych rodzajów ekspresji (m.in. swingująca partia w 13. minucie – palce lizać!). Im więcej słucham utworu „The Tree”, tym bardziej przypomina mi on najlepsze produkcje spod znaku innej norweskiej grupy - Fatal Fusion. Równie ekscytująco jest w trwającej 10 minut instrumentalnej kompozycji „Storm”. Bardzo dużo się w niej dzieje. Pastelowe dźwięki gitar (Stig André Clason) mieszają się tu z cudownymi plamami syntezatorów i melotronów (gra na nich Jean Robert Viita), a całość w ryzach trzyma i celnymi akcentami podkreśla sekcja rytmiczna (Arnfinn Isaksen – bas oraz Sam Arne Nøand – perkusja). Fascynuje muzyczny przekaz kolejnego epiku w tym zestawie – utworu „Make Me Feel” (polecam efektowne harmonie wokalne), a całość uzupełniona jest dwoma krótszymi nagraniami – „Dendrophenia” (ciekawe czy powiedzie się jej w rockserwisowym Czarcie?) oraz obdarzonym sporym potencjałem przebojowości „Play With Fire”, które w optymistyczny sposób, na wysokim C, zamyka tę udaną płytę.

Członkowie The Windmill umiejętnie połączyli swoje inspiracje oraz dwa muzyczne światy: ten nowoczesny oraz pełen tradycyjnych vinatge’owych brzmień. Spróbujcie wymieszać dźwięki charakterystyczne dla grup IQ, Marillion, Pendragon, Deep Purple, Jethro Tull, Pink Floyd i The Alan Parsons Project, dodajcie do nich odpowiednią ilość świetnych melodii, brzmieniowej świeżości i norweskiego muzycznego błysku, a otrzymacie… The Windmill. Przepiękna to płyta. Znowu Wikingowie podbili nasze serca. Który to już raz?..

MLWZ album na 15-lecie