Salva - Off The Deep End

Kev Rowland, Salva - Off The Deep End

Niespełna dwa lata od ostatniego albumu kwintet Salva powraca ze swoim nowym krążkiem. Bardzo podobał mi się "Sigh Of Boreas" z 2016 roku, więc nie mogłem się doczekać nowego wydawnictwa, ale z jakiegoś powodu to, co usłyszałem na „Off The Deep End” w ogóle na mnie nie zadziałało. Owszem, są tu niezłe wokale i harmonie, jest mnóstwo klawiszy w stylu lat siedemdziesiątych i sporo niezłych gitar, ale jest też w muzyce tego szwedzkiego zespołu coś, co po prostu nie działa. Pod wieloma względami cały album wydaje się dość jednowymiarowy i kiedy grałem go po raz pierwszy, miałem z nim prawdziwe problemy, ponieważ od samego początku wydawało mi się, że jest to niemal książkowy przykład „progu na kilogramy", a więc albumu z gatunku takich, jakich wiele. Owszem, podanego z elementami klasycznego rocka, z orkiestrą i gotyckimi chórami wrzuconymi do środka, ale wszystko to brzmiało jakoś bezdusznie i nie wywołało u mnie żadnych pozytywnych emocji przy słuchaniu.

Kiedy miałem już za sobą trzy lub cztery przesłuchania, dotarłem do punktu, w którym zacząłem nawet tolerować to trochę beznamiętne podejście Szwedów, lecz wciąż podczas słuchania najmocniejszym uczuciem było po prostu… znudzenie. Nie czuję w tym graniu iskry i w sumie sam nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. Prawdopodobnie jakość poszczególnych utworów nie jest taka, do jakiej przyzwyczaili nas skandynawscy wykonawcy, co osobiście bardzo mnie dziwi, gdyż nie ma wątpliwości, że muzycy tworzący Salvę potrafią grać i śpiewać, ale przebrnięcie przez ten album od samego początku było dla mnie sporym wysiłkiem. Biorąc pod uwagę ilość muzyki, którą słucham na co dzień, album „Off The Deep End” nie jest wart kolejnego wysiłku, bym miał wysłuchać go po raz piąty czy szósty… Być może czułbym inaczej, jeśli dałbym mu jeszcze kolejne szanse, ale po prostu nie mam na to ani siły, ani czasu, ani ochoty.

„Off The Deep End” jest już piątym albumem w dorobku grupy Salva i ku mojemu zaskoczeniu wydaje się on najbardziej amatorsko brzmiący ze wszystkich dotychczasowych. Najlepszym (najgorszym!) tego przykładem jest zamykający album utwór „Brickshort”, gdzie szczególnie epigońskie wykorzystanie chóru trąci ogromną amatorszczyzną. Niestety, podobnych przykładów jest na tej płycie więcej…

 

Tłumaczenie: Artur Chachlowski

MLWZ album na 15-lecie