Metaphor - The Pearl

Artur Chachlowski, Metaphor - The Pearl

Blisko 12 lat minęło od poprzedniego wydawnictwa pochodzącej z San Francisco grupy Metaphor (o albumie „The Sparrow” pisaliśmy na naszych łamach tutaj). Wydawało się już, że tak długi okres braku aktywności doprowadzi do rozpadu zespołu, tymczasem jednak ukazał się właśnie długo oczekiwany czwarty album zatytułowany "The Pearl".

Nowa płyta zawiera złożoną, interesującą i wciągającą muzykę, a także prowokującą i intrygującą treść liryczną – to są te elementy, które zawsze charakteryzowały dorobek Metaphor. Bo w najkrótszym ujęciu, już na wstępie, trzeba powiedzieć, że album "The Pearl" stylistycznie nawiązuje do trzech poprzednich, dobrze ocenionych, wydawnictw ("Starfooted" (1999), "Entertaining Thanatos" (2004) i "The Sparrow"(2007)).

Grupę tworzą: gitarzysta Malcolm Smith, klawiszowiec Marc Spooner, basista Jim Anderson, wokalista i autor tekstów John Mabry oraz perkusista Greg Miller. Skład więc w ogóle nie zmienił się w porównaniu do poprzedniej płyty. I choć zespół powstał już ponad 20 lat temu i początkowo funkcjonował jako tribute band wczesnego Genesis, to Metaphor z powodzeniem znalazł swoją charakterystyczną niszę progrockową. Jest w niej miejsce na nietypowe zmiany rytmiczne, nieoczywiste sygnatury czasowe i znaleźć w niej można mnóstwo zaskakujących zwrotów akcji, co sprawia, że generalnie muzyki Metaphor słucha się z prawdziwą przyjemnością. Nie jest to jednak ten rodzaj progrockowego grania, które można byłoby nazwać „lekkim, łatwym i przyjemnym”.

„The Pearl” jest epicką muzyczną opowieścią nawiązującą do czasów, gdy powszechnie wydawane były koncept albumy. Opowiadana na płycie historia podąża za młodym mężczyzną, który wyrusza w świat w imieniu swego ludu, by zdobyć cenną perłę ze szponów strasznego smoka. Ale jak się okazuje, smok jest najmniejszym z jego problemów... Brzmi to tyleż intrygująco, co niemal epigońsko i przyznam, że już od pierwszego przesłuchania miałem niemały problem z tą płytą. Nowy materiał wyjątkowo długo nie „wchodził” mi do głowy i dopiero po jakimś czasie, wręcz nawet po kilkudniowym odłożeniu go na półkę, zacząłem odnajdywać w tych dźwiękach głęboko ukryte piękno. Ale nie we wszystkich utworach. Prawdę powiedziawszy, do teraz druga połowa albumu (począwszy od utworu nr 6 – „Remembering”) wydaje mi się zdecydowanie ciekawsza od jego początku. A chwilami, szczególnie w kompozycjach „Romancing The Wurm”, „The Eagle, The Voice, The Light” oraz „Robed In Glory”, jest po prostu znakomicie.

Ta właśnie druga połowa płyty pełna jest przemyślanych i ekscytujących harmonii wokalnych, a muzyka oddziałuje na emocje, skłania do kontemplacji, wywołuje tęsknotę za pięknymi brzmieniami, których trochę brakuje w początkowej części. Być może ten album wymaga znacznie więcej czasu, by w pełni docenić jego zawartość od pierwszej do ostatniej minuty? Jak na razie nie porwał mnie on w całości, ale fragmenty, które w końcu do mnie przemówiły, wciąż grają mi w uszach i to grają znakomicie.

MLWZ album na 15-lecie