Magellan - Hundred Year Flood

Artur Chachlowski,
ImageTrent Gardner to muzyk, który wyrasta na niesamowicie wpływową, wręcz charyzmatyczną postać w świecie amerykańskiego prog rocka. Explorer’s Club, projekt „Leonardo”, udział w przedsięwzięciu o nazwie Mullmuzzler frontmana Dream Theater Jamesa LaBrie, liczne albumy nagrane w hołdzie największym legendom muzyki rockowej – to tylko niektóre przykłady jego działalności. Teraz Trent Gardner powraca z nową płytą swojej macierzystej formacji Magellan. I opowiada o niej czytelnikom polskiego Metal Hammera.

Warto zaznaczyć, że „Hundred Year Flood” nie jest pierwszym albumem w dorobku grupy Magellan. Zespół ma w swoim dorobku 3 pozycje płytowe : „Hour Of Restoration” (1991), „Impending Ascension” (1993) oraz „Test Of Wills” (1997). Szczególnie debiutancki album narobił sporo szumu w progresywnych kręgach, zachwycając krytyków i słuchaczy epickim polotem oraz mnogością licznych wspaniałych tematów. Kolejne płyty Magellana nie zebrały już tak pochlebnych recenzji, jak inne, poboczne projekty, w które równolegle angażował się Gardner. Wyglądało to trochę tak, jakby Trent zachowywał swe najlepsze pomysły na inne muzyczne przedsięwzięcia. Tymczasem po pięcioletniej przerwie ten zdolny artysta powraca ze swoim zespołem płytą o groźnie brzmiącym tytule „Hundred Year Flood” (Potop stulecia). Skąd pomysł, by akurat tak nazwać nowa płytę zespołu Magellan? „Chciałem, by od samego początku było wiadomo, że chodzi o cos wielkiego i ponadczasowego. Coś, o czym dana generacja słuchaczy będzie długo rozpamiętywać” – wyjaśnia Trent. – „To album niezwykły i zarazem bardzo osobisty . Zawiera zaledwie trzy długie kompozycje i mówi o dość bolesnych przeżyciach”. Pierwsze z tych trzech długich nagrań to otwierająca całość 34 –minutowa suita „The Great Goodnight”. Opowiada ona o najstarszym z trzech braci Gardnerów Jacku Elroyu (drugi brat Trenta, Wayne, gra w grupie Magellan na gitarach i basie), który zginął na wojnie w Wietnamie w 1966 roku. „Skomponowanie tego utworu było dla mnie niezwykle osobistym i wzruszającym przeżyciem, graniczącym niemal z wewnętrznym katharsis. Od dawna nosiłem się z myślą, by napisać o śmierci brata, ale chciałem uczynić to w sposób specjalny i wyjątkowy, by uniknąć wszelkiego rodzaju banału i frazesów. Niełatwo jest pisać o czyjejś śmierci. A szczególnie o śmierci swojego starszego brata...”. Jestem przekonany, że ten wielowątkowy, składający się z 13 części utwór zrobi na wielu słuchaczach ogromne wrażenie. Dramatyzm i monumentalizm mieszają się tu z liryzmem i bólem. To rzeczywiście mocno chwytające za serce nagranie, które broni się nie tylko w warstwie tekstowej. Zespół wykorzystał w nim chyba wszystkie środki artystycznego wyrazu, kojarzące się z nazwą gatunku „rock progresywny”. Być może  w istocie rzeczy akurat ten rodzaj muzyki jest idealnym medium do podnoszenia i przekazywania tak ważnych kwestii. Historia muzyki rockowej dowodzi, że jest tak w istocie, a i teraz Magellan pokazuje, że i w 2002 roku epicki rozmach nie zawsze musi kojarzyć się z nadęciem, niepotrzebna pompą i nadmiernym eksploatowaniem dawno już zgranych tematów. „Słowa do The Great Goodnight pisałem nie dłużej niż kwadrans. Któregoś dnia siedziałem w pokoju, oglądając telewizję i nagle coś jakby zaskoczyło w mojej wyobraźni. Jakby otworzyły się drzwi do najgłębszych zakamarków pamięci. Rzuciłem się do biurka, chwyciłem kartkę papieru i słowa same wypływały spod mojego pióra. Do dzisiaj czuję się tym zaskoczony, bo potem nie musiałem już nic zmieniać. Wszystkie moje uczucia, emocje i myśli przelały się na papier w jednej chwili. W naszym zespole zazwyczaj najpierw powstaje muzyka, a potem wspólnymi siłami piszemy teksty. W tym przypadku było odwrotnie. Przyszedłem z gotowym tekstem do Wayne’a, z którym już od wielu lat dyskutowaliśmy możliwość skomponowania utworu poświęconego pamięci naszego brata. Wayne od razu „zaskoczył”. Spodobało mu się moje ujęcie tematu i z napisaniem muzyki nie było już  żadnego problemu. Wayne to zresztą wspaniały muzyk. Mam wrażenie, że często rozumiemy się bez słów. Są dobre i złe strony grania w jednym zespole z własnym bratem, ale w jego przypadku mogę mówić tylko o samych plusach”. Utwór „The Great Goodnight” to bez wątpienia największe i najpoważniejsze arcydzieło stworzone przez grupę Magellan w jej ponad dziesięcioletniej historii. Jest on nie tylko ozdobą całego albumu, ale stanowi prawdziwy kamień milowy w dyskografii zespołu, będąc równocześnie jedną z najbardziej udanych epickich kompozycji, które ukazały się na płytach w ciągu kilku ostatnich lat. Ale o wysokim poziomie całej nowej płyty Magellana decydują też dwa pozostałe nagrania wypełniające program tego wydawnictwa. Pierwsze z nich to zaledwie sześciominutowy instrumentalny utwór „Family Jewels”, przypominający swym brzmieniem echa twórczości tria Emerson Lake & Palmer. W utworze tym na plan pierwszy wysuwa się maestria Trenta Gardnera, porywająco grającego tu na syntezatorach i sympatyczne partie fletu w wykonaniu lidera grupy Jethro Tull,  samego Iana Andersona. „Z Ianem cały zespół przyjaźni się od lat. Przed laty przesłaliśmy mu materiał z naszej pierwszej płyty, by swoim wyczulonym uchem przysłuchał się naszej muzyce. Jego reakcja była bardzo przychylna. Zainteresował się nami, gdy jeszcze nikt nie słyszał o grupie Magellan. Myślę, że to głównie dzięki jego słowom zachęty i aprobaty jesteśmy  teraz tu, gdzie jesteśmy. Kilka miesięcy temu wysłałem mu plik z nagraniem „Family Jewels”, a potem jeszcze kilkakrotnie omawialiśmy przez telefon możliwość jego osobistego zaangażowania się w ten utwór. No i w rezultacie Ian przysłał nam swoje solówki, które moim zdaniem są prawdziwą ozdobą naszej nowej płyty”. Ostatnim utworem na płycie „Hunderd Year Flood” jest kompozycja „Brother’s Keeper”. Czy to dalszy ciąg opowieści o tragicznie zmarłym Jacku Elroyu Gardnerze?... „Tak naprawdę oprócz samego tytułu nagranie to ma niewiele wspólnego z The Great  Goodnight. Tekst mówi raczej o sprawach bardziej uniwersalnych – o braterstwie między ludźmi i narodami, o uczciwości i tolerancji, o wartościach, których zaczyna coraz częściej brakować w naszych codziennych kontaktach”. Muzycznie utwór ten sprawia wrażenie najcięższego i najtrudniejszego na całej płycie. Zarazem wydaje się być nieskończonym źródłem licznych muzycznych niespodzianek, jak partia elektronicznej perkusji, czy elementy muzyki rap. By uspokoić ortodoksyjnych fanów grupy Magellan powiem raczej, że jedna z części tej kompozycji przypomina coś, co można by nazwać „progresywnym rapem”. I jeśli ktoś kiedyś wylansuje ten termin, to warto pamiętać, że to właśnie Magellan był jego prekursorem. „Powiem szczerze, że pod każdym względem jestem dumny z tej płyty. To niewątpliwie najbardziej dojrzałe dzieło naszego zespołu, wspaniały hołd złożony naszemu bratu, mamy tu spełnienie moich marzeń w postaci gościnnego udziału Iana Andersona, do naszego brzmienia z powodzeniem udało się wprowadzić kilka nowinek,  no i wreszcie mamy na tym albumie prawdziwego perkusistę z krwi i kości”. Wcale nie dziwi to stwierdzenie Trenta Gardnera. Z tak udanej płyty członkowie zespołu mają prawo być zadowoleni. Być może osobnego komentarza wymaga tylko ostatni element jego wypowiedzi. Na swoich dotychczasowych płytach zespół albo zatrudniał gości grających na bębnach, albo generował dźwięki perkusji na syntezatorach. Na albumie „Hundred Year Flood” w grupie Magellan obok braci Trenta i Wayne’a Gardnerów jako pełnoprawny członek zespołu występuje perkusista Joe Franco. Dodajmy jeszcze, że oprócz Iana Andersona wśród zaproszonych gości na nowej płycie Magellana słyszymy takie sławy, jak basista Tony Levin (ex-King Crimson i zespół Petera Gabriela), czy gitarzysta Robert Berry (to on w ubiegłym roku odpowiedzialny był za album z „progresywnymi kolędami” grupy The December People, a przed 15 laty działał razem z Keithem Emersonem i Carlem Palmerem w legendarnym już dzisiaj trio o nazwie „3”). Ich udział w nagraniach z całą pewnością przyczynił się do zintensyfikowania środków ekspresji, którymi posługuje się zespół. W efekcie powstała płyta piękna. Piękna i smutna, bo naprawdę trudno jest pisać o tak bolesnych doświadczeniach, jak śmierć brata. Dlatego mam wrażenie, że na statku Magellana flaga została jakby opuszczona do połowy masztu. Ale czasami największy smutek i ból potrafią przerodzić się w prawdziwe piękno. To tak, jakby padał delikatny deszcz i nawet nie wiedzieć kiedy przemokliśmy do suchej nitki. A  w przypadku nowego albumu grupy Magellan mamy przecież nie tylko deszcz. Jest cos więcej. Stuletni potop...

MLWZ album na 15-lecie