Rudess, Jordan - Wired For Madness

Tomasz Kudelski, Rudess, Jordan - Wired For Madness

Obecny klawiszowiec grupy Dream Theater w przerwach od działań swojej macierzystej formacji regularnie nagrywa płyty solowe. Niedaleko jednak pada jabłko od jabłoni, ponieważ na jego nowej płycie można usłyszeć dwóch kolegów z zespołu (James La Brie oraz John Petrucci), zaś na perkusji udziela się niedoszły perkusista Teatru Marzeń - Marco Minnemann. Zresztą to nie koniec długiej listy zaproszonych gości, która obejmuje również gościnny wkład Joe Bonamassy.

Jordan Rudess dopóki nie załapał syntezatorowego bakcyla był podobno dobrze zapowiadającą się nadzieją amerykańskiej pianistyki. Dysponuje zatem nie tylko wzorcową techniką, ale również obraca się swobodnie w różnych konwencjach stylistycznych. I ten eklektyzm wydaje się być zarówno jego siłą, jak i przekleństwem.

Dosyć rzadko biorę się za recenzowanie płyt z gatunku współczesnego rocka progresywnego, czy progresywnego metalu, ponieważ mam z tym gatunkiem zasadniczy problem, który ujawnia się często (według mnie) w przeroście formy nad treścią lub inaczej: przewagą techniki nad emocjami. Przekombinowanie formalne nie idzie często w parze z muzykalnością i utrudnia (mi) zbudowanie relacji emocjonalnej z dźwiękami. I trochę przeszkadza mi to również w odbiorze płyty „Wired For Madness”.

Płytę otwiera dwuczęściowa tytułowa suita. Od samego początku tej trwającej w sumie blisko pół godziny kompozycji, pominąwszy dosyć nudne i wtórne intro, słuchacz atakowany jest całą paletą progresywnych brzmień i barw, w tym również o nie do końca progresywnej proweniencji. Począwszy od klawiszowego riffu rozpoczyna się muzyczna jazda bez trzymanki, gdzie stylistyka i poszczególne fragmenty zmieniają się jak w kalejdoskopie brzmień oraz klimatów. Jest wszystko: prog w wielu odsłonach, jazz, jazz rock i klasyka, wszystko to przeplatane krótkimi partiami wokalnymi (również w wykonaniu naszego bohatera!).

Cała ta mieszanina stylistycznie jest efektownie i sprawnie zagrana i zaaranżowana, ale przynajmniej dla mnie, o ile broni się poszczególnymi fragmentami, to jako całość nie buduje kompleksowej spójnej wizji całości. Tak jakby ze strachu przed zarzutem nudy kompozytor chciał upakować jak najwięcej muzyki w jednostce czasu, przez co brak czasu na jej rozwinięcie lub oddech.

I w sumie Rudess chcąc cały czas czymś zaskoczyć w zasadzie nie zaskakuje niczym, bo wydaje się tym samym powielać sporo progresywnych schematów, które łącznie nie tworzą poczucia świeżości, a – przynajmniej u mnie - wrażenie przepychu i przejedzenia.

Po dwóch długich kompozycjach tytułowych przychodzi wytchnienie w „Off The Ground” - bardzo przyjemnej balladzie opartej na brzmieniu pianina. Potem już do końca płyty zostajemy w kręgu krótszych form o bardziej nostalgicznym i piosenkowym charakterze lub progresywno – jazzowym zabarwieniu. Jest ich w sumie aż sześć i wszystkie one okraszane są wirtuozerskimi improwizacjami. Co według mnie daje lepszy rezultat, ponieważ pozwala odpocząć uszom od nadmiaru od klawiszowej wirtuozerii. Całość wieńczy utwór „Why I Dream”, który jak klamra spina całość, nawiązując do tytułowej suity.

Tam gdzie Jordan Rudess wychodzi poza około progresywny schemat silniej nawiązując do jazzu czy muzyki fortepianowej osiąga według mnie najlepszy rezultat, szkoda tylko, że podążając tymi ścieżkami, czyni to bez zdecydowania i często z nich zawraca.

MLWZ album na 15-lecie