Big Big Train - Grand Tour

Artur Chachlowski, Big Big Train - Grand Tour

Na 17. dzień maja br. zespół Big Big Train przygotował premierę swojej nowej płyty zatytułowanej „Grand Tour” zawierającej dziewięć utworów, które zabiorą słuchaczy w epicką podróż nad lądem i morzem, nad górami i dolinami, w czasie i przestrzeni… „Grand Tour” jest albumem z piosenkami zainspirowanymi wybitnymi osiągnięciami ludzkości. Opiewającymi spuściznę włoskiego geniusza renesansu, Leonarda da Vinci, przedstawiającymi historię powstania i upadku Rzymu, mówiące o morskiej katastrofie pewnego poety zagubionego w burzy u wybrzeży Italii, o pięknie zaklętym w bizantyjskich mozaikach Rawenny, a także o wielkich wyprawach poza naszą galaktykę. To historie o prawdziwych ludziach, o realnych zdarzeniach, o sukcesach wybitnych jednostek i marzeniach szarych ludzi. A więc zawierające w sobie wszystko to, o czym grupa Big Big Train od wielu lat lubi opowiadać najbardziej. A jak wiadomo robi to w bezbłędny wręcz sposób, o czym świadczy zawartość poprzednich płyt, a także, czy może raczej przede wszystkim, jakość materiału wypełniającego najnowszy album.

Od razu powiem, że nie ma w jego programie ani jednego nietrafionego, czy chociażby średnio udanego nagrania. Wszystkie, bez wyjątku, są po prostu fascynujące. Wśród dziewięciu premierowych kompozycji znajdujemy aż trzy epickie, trwające po blisko kwadrans. Stanowią one główne filary, na których opiera się nowa płyta Big Big Train. „Roman Stone” to kompozycja, która zapewne szybko stanie się dla wielu ulubionym fragmentem płyty, przynajmniej przy pierwszych przesłuchaniach. Nastrój i tempo zmieniają się w niej od melancholijnych progresywnych tekstur przepełnionych akustycznymi gitarami oraz łkającym brzmieniem skrzypiec po mroczne jazzowe interludia, a potem w jeszcze bardziej pastelowe i nostalgiczne klimaty wyjęte z najlepszych kart historii angielskiego symfonicznego rocka. Z kolei „Ariel” to najdłuższy utwór na tym krążku (14 i pół minuty), który rozwija się powoli niczym szanta przeradzająca się nagle w mocny rockowy numer i zawiera on najpotężniejsze wokale Davida Longdona (wzmocnione tu i ówdzie przez grającą na płycie na smyczkach i udzielającą się od czasu do czasu wokalnie Rachel Hall). Różnorodne partie wokalne są tu po prostu oszałamiające, raz ciche, raz głośne, raz ciepłe, raz drapieżne, a wielowarstwowe harmonie działające na zasadzie powracającego echa zapierają po prostu dech w piersiach. Prawdziwe mistrzostwo świata. W trakcie tych piętnastu minut dzieje się tak wiele (czy tylko mnie zdaje się, że w powietrzu unosi się duch muzyki Queen, Genesis, Yes i kto wie kogo jeszcze?...), a już sam finał brzmi tak epicko (zwracam uwagę na fenomenalną grę duetu keyboardzistów Danny Manners – Rikard Sjöblom), iż wydaje się, że potrafi on unieść w górę nawet najsolidniej skonstruowany dach… Trzeci z długasów, „Voyager” składa się bodaj z ośmiu dyskretnie połączonych ze sobą sekcji i swoim klimatem zabiera nas w kosmos. Dosłownie i w przenośni. Opowiada bowiem o podbijaniu uniwersum poza zasięgiem naszej planety, a muzycznie jest prawdziwym magnum opus całego albumu z wyraźnym mrugnięciem oka w kierunku klasycznego brzmienia grupy Genesis. To prawdopodobnie przyszły klasyk i tegoroczny kandydat numer 1 do miana ‘progresywnego arcydzieła’. Takiego, do którego chce się często wracać. Niczym do ciepła rodzinnego domu. O tym zresztą mówi kończąca płytę i następująca bezpośrednio po „Voyagerze” pieśń zatytułowana „Homesong”. Wychwala ona piękno naszego świata, a swoim pastelowym nastrojem maluje miejsca i krajobrazy, które kochamy i wśród których czujemy się najlepiej. Prawdziwie piękny powrót do domu. Nic tylko zasiąść po długiej podróży i w zaciszu domowych pieleszy odpocząć przy ulubionej muzyce. Relaks, spokój, komfort, sielanka, afirmacja życia, pochwała teraźniejszości i okoliczności, w których przychodzi nam żyć i funkcjonować. Oraz zwrócenie uwagi na to, że prawdziwą sztuką jest umiejętność docenienia tego co dzieje się wokół nas.

Ale zanim to wszystko nastąpi spotykamy na „Grand Tour” mnóstwo świetnej muzyki oraz kilka innych udanych utworów. Całość otwiera leniwie rozpoczynający się, niespełna trzyminutowy wstęp „Novum Organum”, po czym startuje pilotujący płytę na singlu utwór „Alive”. Trochę inny niż można byłoby się po grupie Big Big Train spodziewać, odrobinę inny niż reszta nagrań na „Grand Tour”, bo dość zwięzły, precyzyjny, pełen wigoru i dynamiki. A nawet – nie boję się tego określenia – przebojowy.

Zaraz po nim słyszymy „The Florentine”, który jest chyba najbardziej zawiłym utworem na tym albumie. Rozpoczyna się bardzo akustycznie, niemal w folkrockowym stylu a’la Jethro Tull (mandolina, smyczki, podwójny bas), potem skrzypcowe staccato narzuca coraz szybszy rytm, w którym wciągająca linia gitary zmaga się z syntezatorową solówką, a wszystko to w otoczeniu pokrętnych partii perkusyjnych w wykonaniu Nicka D'Virgilio. Pięknie i miękko przez cały pracuje tutaj bas, na którym przewspaniale gra długoletni członek zespołu, Greg Spawton.

Jest na tej płycie utwór ze wszech miar wyjątkowy. „Pantheon”, bo o nim mowa, to po pierwsze jedyne nagranie bez wokalu, a po drugie najmocniej ze wszystkich (nie tylko na płycie, kto wie, może i w całym dorobku Big Big Train?) przesiąknięte jazzrockowymi łamańcami, których, myślę, nie powstydziłby się zespół King Crimson. Jak dla mnie, to jeden z najmocniejszych punktów tego albumu. Zresztą i następujące zaraz po nim nagranie „Theodora In Green And Gold”, choć już łagodniejsze i o wiele bardziej melodyjne, cechuje się narastającymi liniami gitary (Dave Gregory) grającej w stylu Roberta Frippa, a Davidowi Longdonowi wokalnie towarzyszy perkusista Nick D’Virgilio, co daje efekt zgoła niesamowity.

„Grand Tour” to bardzo mocny album. Wyprodukowany bezbłędnie, wykonany z należytym pietyzmem i sporym rozmachem, posiada on niezliczoną ilość silnych lirycznych, wokalnych i instrumentalnych punktów kulminacyjnych. Właściwie wydaje się, że czają się one na każdym kroku. Niesamowita jest pewna umiejętność, którą z płyty na płytę Big Big Train tak wspaniale doskonali. Chodzi o błyskotliwe łączenie rockowego brzmienia z akustycznym, opartym na delikatnych smyczkach, potężnych orkiestracjach oraz subtelnych brzmieniach patetycznych dęciaków (rożki angielskie w finale „Voyager” – palce lizać!). To album będący jedną wielką, wspaniałą muzyczną podróżą w krainy, o których nawet nie śmieliśmy marzyć, w rejony, gdzie czeka nas mnóstwo wspaniałych niespodzianek.

Od wielu lat, gdy Big Big Train tak wspaniale przeistacza się z prowincjonalnego zespołu grającego delikatnego rocka, w wielką, działającą z niesamowitym rozmachem progrockową instytucję, zastanawiam się dokąd zmierza cały ten pociąg i na jakiej zatrzyma się stacji? Nie wiem gdzie i kiedy będzie następny przystanek, ale jednego jestem pewien: ta brytyjska grupa mknie w dobrym kierunku i bardzo się cieszę się, że jest mi dane podróżować wraz z nią od początkowej stacji. Początkowo wydawało się, że to podróż w nieznane, tymczasem zaś za każdym razem okrywamy w jej trakcie coraz bardziej fascynujący świat muzycznych dźwięków. Nie jest to już przejażdżka pociągiem obsługującym lokalne połączenia. To komfortowa transkontynentalna podróż w luksusowej salonce. A po zakupieniu biletu - w zależności od klasy – otrzymujemy 24- (podwójny winyl) lub 52-stronicową (CD) książeczkę z tekstami, zdjęciami i grafikami, których studiowanie umila czas tej i tak już niezwykle przyjemnej, trwającej 75 minut, podróży.

MLWZ album na 15-lecie