Third Project, The - When Remembrance Becomes A Thing

Piotr Cygan, Third Project, The - When Remembrance Becomes A Thing

Niedawno poznałem ten nowy polski, a dokładniej, warszawski zespół The Third Project i ich debiutancki album „When Remembrance Becomes a Thing”. Album właściwie ukazał się w minionym roku (w lipcu 2018), ale do tej pory jest dostępny tylko w wersji cyfrowej na stronie zespołu na portalu Bandcamp

Natknąwszy sie na album na stronie bandcamp początkowo nie oczekiwałem zbyt wiele, szczególnie widząc nietypowo niską cenę za cyfrową wersję albumu (wtedy całe 5 zł), jak i małą ilość osób zainteresowanych jej kupnem. Tym niemniej grafika firmująca album (ze zdjęciem psa w masce gazowej z okresu I wojny światowej), jak i opis nawiązujący do tuzów progresywnego rocka (King Crimson, Yes i ELP) , ale również hard rocka (Led Zeppelin i Deep Purple) były zbyt intrygujące żeby odpuścić. Tak więc postanowiłem zacząć słuchanie od tytułowego utworu, spodziewając się że będzie on wyznacznikiem czego można się spodziewać po całym albumie. Przyznam że słuchając tego kawałka niemalże spadłem z krzesła szukając przysłowiowej „szczęki” po podłodze. Pewnie że można tu zarzucić nie całkiem perfekcyjny angielski czy nie najlepszą jakość nagrania i produkcji, ale muzyka od razu przypadła mi do serca. Tu nie było już odwrotu, musiałem posłuchać całości.

Co do poprzedniego komentarza, gwoli ścisłości i żeby nie zniechęcić kogoś do przesłuchania albumu. Głos wokalisty jest bardzo dobry, świetnie pasuje do muzyki, a i sam angielski jest na tyle dobry że nie przeszkadza (za bardzo) w słuchaniu. Jeśli chodzi o jakość nagrań, okazuje się (e-mail od zespołu) że album został nagrany na tzw. „setkę”, a więc cały zespół nagrywał utwory „na żywo” w studio, tak jak kiedyś w początkach robiono, ale też i z małymi możliwościami poprawienia tych nagrań. Zapewne zaważyły tu kwestie budżetowe, ale też pokazuje że zespół bardzo sprawnie gra razem i jest dobrym prognostykiem co do koncertowych występów, jeśli takowe są czy będą.

Na koniec wyjaśnień, jeśli ktoś lubi śledzić teksty piosenek (i co akurat może być tu przydatne) zespół umieścił na swoim kanale You Tube teksty do czterech piosenek. Są one dostępne po rozwinięciu informacji na stronie danego utworu/video.

https://www.youtube.com/channel/UCUXdSB7rcWgvlAYnJ2TtNFg/videos

Ale wracając do recenzji albumu i od samego początku, album został nagrany w następującym składzie: Cezary Jastrzębski (śpiew, gitary), Mariusz Janik (gitary, oud, buzuki), Marcin Korzeniewski (klawisze), Karol Kryża (gitara basowa), Sławomir Kuchta (perkusja) i gościnnie Nasta Niakrasava (dulcimer na „Hate Love Lust Pride & the Other Marketing Stories”). Album to ponad 66 minut i zawiera dziewięć utworów.

„A Letter Home” zaczyna ten album niespokojnymi dźwiękami klawiszy, gitary i pulsującego syntezatora, stwarzając atmosferę niepokoju i czyhającego niebezpieczeństwa. Wrażenie to potęgują odgłosy przypominające złowieszczy śmiech hien. Wkrótce utwór zmienia się w ścianę dżwięku z mocnym wejściem przez zespół i wokal. Środkowa część utworu to instrumentalna jazda w której można dopatrzyć się wpływów Deep Purple, z prowadzącymi organami hammonda i gitarą. Sam utwór to mocny protest antywojenny, zaczynający się od listu z placu pobitewnego, przechodzący płynnie do niepewności co do naszej cywilizacji i jej skłonności do wojen, które znajdą Tobie „Mój synu, właściwy powód abyś stracił życie”. Można dopatrzyć się tu wzorców King Crimson i chociaż nie jest to „The 21st Century Schizoid Man” z pewnością, zarówno muzycznie jak i tekstem, pełni tu podobną rolę.

Kolejny utwór to tytułowy “When Remembrance Becomes a Thing”. Wspomniany już we wstępie bez wątpienia jest moim kandydatem na najlepszy utwór na tym albumie. Otwierają go dwie minuty improwizacji z gitarą i klawiszami w rolach głównych, wspomaganych sekcją rytmiczną (przypominam że zespół gra tu na żywo). Wkrótce gitary prowadzą do niesamowitej transformacji i najpiękniejszego fragmentu albumu, utwór z „poczwary” przeradza się w „pięknego, kolorowego motyla”. Z piękną melodią wkracza również wokal, świetnie pasujący do kompozycji i pokazujący możliwości głosu Cezarego Jastrzębskiego. W spokojniejszym fragmencie grające w tle delikatne klawisze wydają się nawiązywać do klimatów z Led Zeppelin. Utwór kończy się intensywną improwizacją gitary i klawiszy. Sam utwór dotyka tematu, który powinien być bliski każdemu – pamięci o tych których już nie ma, czy to ojca, miłości czy przyjaciela, poprzez przypominające nam ich rzeczy.

„Following the River” to w pewnym sensie utwór-przerywnik. Bardziej spokojna muzyka, ale też myślę najsłabszy utwór albumu. Nie da się ukryć, że bez tekstów przed sobą jest dość ciężko zrozumieć o czym ten utwór w ogóle jest i z pewnością przyczynia się to do takiego a nie innego odbioru.

„The Sea of Slaves” to czwarty utwór z albumu i kolejny jego „klejnot”. Pierwsza połowa to bardziej spokojna, relaksująca muzyka z wokalem i zespołem, głównie klawiszami i gitarą prowadzącą, tworzącymi symfoniczne brzmienie. Pomimo że z angielskim już tu dużo lepiej, bez tekstu przed sobą nie pokuszę się o głębszą analizę o co w utworze chodzi. Tuż po półmetku zespół prowadzi do kulminacyjnego momentu tego utworu, zmiany nastroju i fantystycznego motywu instrumentalnego ciągniętego przez gitarę i klawisze, który całkowicie pochłania… Chciałoby się żeby ten motyw się nie kończył, albo żeby chociaż trwał trochę dłużej... Jednak ten się kończy i wraca poprzednie tempo, a wokal ciągnie historię dalej. Świetny utwór i myślę, że ustępuje tylko tytułowemu.

„Hate Love Lust Pride & the Other Marketing Stories”, kolejny utwór-przerywnik, który (z angielska) musi wejść w „wielkie buty” po poprzedniku. Tutaj trzeba przyznać, że tytuł jest świetny i w dużej mierze wyjaśnia czego sam utwór dotyczy. Muzyka przybiera ponownie trochę crimsonowaty charakter, ale zmiana w największym stopniu jest zasługą wszechobecnego nowego (na albumie) instrumentu, jakim jest tu dulcimer. Ciekawy utwór, który pokazuje dodatkowo różnorodność repertuaru zespołu.

„Tears in the Rain”, kolejny utwór i jeden z krótszych na albumie. Gitara wprowadza nas w nostalgiczny, senny nastrój adekwatnie zresztą do deszczu w tytule. Piękna melodia z wokalem, zaakcentowana delikatną grą zespołu, głównie gitary i klawiszy, powoduje że to kolejny wyróżniający się utwór tego albumu.

„Appointment in Samara” zaczyna się od akustycznej gitary, która jak żywo przypomina początek jednego z najbardziej znanych utworów grupy Rush - „A Farewell to Kings”. Ale na tym porównanie kończy się bo nastrój raptownie zmienia się kiedy wchodzą klawisze i wokal. Ten ostatni jest dość ekspresyjny uderzając w wysokie rejestry. W dość przeciętnej linii melodycznej zespół ponownie pokazuje swoje możliwości w stworzeniu czegoś zupełnie nieprzeciętnego poprzez wejście klawiszy z świetnym motywem muzycznym, który ponownie sugeruje wpływ nieodżałowanego Jona Lorda. Myślę że muzyka jak najbardziej pasuje tu do pewnej przygody w Bagdadzie, o której utwór opowiada.

„Beirut Blues”, drugi co do długości utwór, powiela formułę poprzedniego utworu chociaż z paroma różnicami. Akustyczny początek jest dłuższy i ze sporym wpływem muzyki Bliskiego Wschodu akcentowanym użyciem charakterystycznego dżwięku strunowego instrumentu z tego regionu - oud, będącego początkowo głównym intrumentem i później wspomaganym przez gitarę elektryczną w instrumentalnej wymianie. Po blisko trzech minutach elementy z poprzedniego utworu biorą górę z wydłużoną instrumentalną improwizacją prowadzoną przez klawisze i gitary w środkowej części utworu. Ponowne pojawienie się wokalu kończy tą przygodę..., tym razem w Bejrucie.

„Ember Stones”, ostatni i najdłuższy utwór albumu, zaczyna się w powolnym tempie i ponownie od akustycznej gitary z wrzutkami klawiszowymi. Nie wiem dlaczego, ale nieodparcie kojarzę te ostatnie z filmem „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”… Może coś w tym jest (nazwa - The Third Project”)? Ale idąc dalej, muzyka wydaje się tu być całkowicie podporządkowana tekstowi opowiadającemu o odnowieniu relacji czy osiągnięciu jakiegoś celu. Tak jakby odzwierciedlając pokonywanie trudności z tym związanych muzyka zatrzymuje się chwilowo i ponownie rusza. Gitara i klawisze przełamują te punkty chwilowego zatrzymania się, później również z wokalem podejmującym temat. Ciekawostką jest, że w środkowej instrumentalnej części utworu akustyczna gitara podejmuje główny temat muzyczny z rock opery „Jesus Christ Superstar”. Niezależnie od tego jakie znaczenie ma jego tam obecność, muzycznie jest to super akcent. Magia „Ember Stones” i walka siły woli są pod koniec utworu uwypuklone krótką solówką perkusji. Jak i poprzednie dwa, to kolejny utwór na plus.

Podsumowując, muzyka na tym albumie z nadwyżką wynagradza jakiekolwiek braki jak te wspomniane wcześniej. Nie ma tu czegoś naprawdę odkrywczego, ale to co zespół zrobił jest zrobione naprawdę dobrze. Zespół świetnie połączył stary klasyczny prog rock z cięższym brzmieniem, ale przede wszystkim wykazał się niesamowitą zdolnością w przejściach z „improwizacyjnego chaosu” w piękne melodie. Bez wątpienia to jeden z najlepszych debiutanckich albumów nowych zespołów jakie dane było mi słyszeć w ostatnich latach. Mam nadzieję, że zespół zdobędzie na tyle rozgłosu, że i ten album ukaże się na CD czy winylu, a najlepiej w obydwu formatach. Jeśli tak by się miało stać gorąco polecałbym zespołowi aby i teksty znalazły się w książeczce z albumem, byłoby to bardzo pomocne w lepszym jego odbiorze. Niezależnie od tego wszystkiego, bardzo chciałbym zobaczyć (usłyszeć) w którą stronę zespół pójdzie dalej i mam nadzieję że po wysłuchaniu albumu będziecie również tego ciekawi... A propos, też możecie w tym pomóc zamawiając cyfrową wersję albumu (w jakim tylko chcecie formacie) z ich strony na portalu Bandcamp.

MLWZ album na 15-lecie