Garrett N. - Let's Get Surreal

Artur Chachlowski, Garrett N. - Let's Get Surreal

Minęło dokładnie 10 lat od wydania debiutanckiego albumu Garretta N. "Instrumentals & Oddities". Podobno do dziś można usłyszeć fragmenty tej płyty w amerykańskiej telewizji, w reklamach, a nawet w kilku niezależnych filmach. Po blisko pięciu latach komponowania, nagrywania, edycji i produkcji, mamy w ręku drugą płytę Garretta N., "Let's Get Surreal". Słyszymy na niej elektroniczne, ambientowe, progresywne oraz wielogatunkowe i w sumie trudne do jednoznacznego sklasyfikowania produkcje przepełnione niesamowitą ilością wyrafinowanych detali, które ujawniają się przy każdym kolejnym odsłuchu. Umiejętności produkcyjne, edytorskie i inżynierskie Garretta są tu na naprawdę najwyższym poziomie.

„Let’s Get Surreal” składa się aż z 12 muzycznych tematów, których długość rozciąga się od ledwie dwuminutowych („Sinister”, „Quiet”, „Scorpio/Ramos”) po około dziesięciominutowe („Overture”, „The Eternal Laugh”, „Reprise/Bak3/Unknown”, Avant4/Outro/Epilogue”) kompozycje. Choć, jak już wspomniałem, na płycie panuje duża rozpiętość stylistyczna, to odnoszę wrażenie, iż każdy utwór jest wykonywany ze sporym rozmachem, w wielce progresywny sposób. I dotyczy to zarówno nagrań o wybitnie ambientowym charakterze, tematów jak ulał pasujących do muzyki filmowej, poprzez tony elektronicznego rocka, przeróżne kolaże dźwiękowe przypominających wczesne produkcje Pink Floyd, aż po hard rocka, często zderzonego z zaskakującymi funkowymi przerywnikami. Garrett często stosuje też rozmaite środki pozamuzyczne, jak dialogi, salwy śmiechu czy uporczywe powtarzanie pewnych śpiewanych czy też wypowiadanych fraz. No i także śpiewa. Choć tradycyjnie rozumianego śpiewu jest na tej płycie niewiele. A już kompozycji mających charakter regularnych piosenek, to prawie w ogóle.

Pomimo tej ogromnej różnorodności i czającego się na każdym kroku eklektyzmu, cały album brzmi dość przekonywująco. Panuje na nim spójność tematyczna z powracającymi motywami muzycznymi, co sprawia, że czujemy się, jakbyśmy słuchali jednego wielkiego epickiego, trwającego dobrze ponad godzinę, soundtracku...

MLWZ album na 15-lecie