Callooh Callay - Astonishing Flow Of Time

Artur Chachlowski, Callooh Callay - Astonishing Flow Of Time

Callooh Callay to progrockowi debiutanci z Nowego Jorku. Ale co to za debiut! Już podczas pierwszego słuchania niejednemu (nie ukrywam, że w tym także mnie) zdarzy się zapewne spektakularny wyskok z butów. Właściwie może się to stać już przy pierwszym („Give”), a najdalej przy drugim, tytułowym nagraniu. A przecież na „Astonishing Flow Of Time” znajdziemy w sumie 10 kompozycji, które układają się w blisko 75-minutowy ciąg świetnie prezentującej się muzyki.

Grupę Callooh Callay tworzy pięciu muzyków: Adam Colombo (gitary), Todd Cogan (gitara prowadząca), Rich Pizzo (bas), Giancarlo Pepe (instrumenty klawiszowe) oraz Jimmy Lohrius (perkusja) i tylko ten ostatni z tego grona nie śpiewa. Adam Colombo wymieniony jest na okładce płyty jako podstawowy wokalista, ale wyraźnie słychać, iż główne linie wokalne prowadzone są także przez inne głosy. Ta wszechstronność instrumentalistów Callooh Callay otwiera przed zespołem spore harmoniczne możliwości, które – notabene – wykorzystywane są w perfekcyjny sposób. Zresztą amerykańskie zespoły progrockowe, z chyba najbardziej znanym pod tym względem Spock’s Beard na czele, zawsze słynęły z wielogłosowych harmonii, które stanowią prawdziwą wartość dodaną dla, skądinąd bardzo dobrej, muzyki. Nie inaczej jest z Callooh Callay. Nie dość, że po trosze przypominają współczesny Spock’s Beard (ale bez jakichkolwiek wycieczek w stronę AOR), to tak jak ich starsi koledzy po fachu potrafią po mistrzowsku czarować swoją muzyką jak mało kto. Lecz i tak, gdybym miał doszukiwać się pewnych porównań, muzyka Callooh Callay stylistycznie najbardziej przypomina mi australijską nieistniejącą już grupę Unitopia…

Nowojorczycy grają swój oryginalny, progresywny materiał z prawdziwą pasją i duchem, który prezentowały progresywne zespoły rockowe z lat 70. Ich produkcje trzymane są w dobrej tradycji złotej ery tego gatunku, ale doprawione są też licznymi pierwiastkami nowoczesności. Wiem, że brzmi to jak stary oklepany frazes, ale w przypadku Callooh Callay słychać to w sposób niezwykle wyraźny. Przez całą płytę muzyczna tradycja przeplata się z nowoczesnością, tworząc prawdziwie pięknie podaną progrockową mieszankę czarownych brzmień i dźwięków. Efektowane harmonie, charakterystyczne ciepłe brzmienie oraz szybko zapadające w pamięć melodie jak magnes przyciągają uwagę słuchacza i sprawiają, że tej muzyki chce się słuchać więcej i więcej.

A jak już wspomniałem, na płycie „Astonishing Flow Of Time” jest czego słuchać. Utwory są długie, wielowątkowe i aranżacyjnie dość mocno rozbudowane, choć żaden z nich nie przekracza magicznej granicy 10 minut. W większości oscylują w granicach 8-9 minut, jedynie semiakustyczna „Lullaby” oraz mające zwartą, jakby uszytą pod radiowe potrzeby, konstrukcję nagranie „The Happening” to nieco krótsze formy muzyczne. Kolejna dobra wiadomość jest taka, że w programie płyty nie ma ani jednego nietrafionego numeru. Ani jednej nudnej, niepotrzebnej kompozycji, przy której chciałoby się przeskoczyć do kolejnego utworu. A przypominam, że album jest wyjątkowo długi. Jeśli mam wskazać moje ulubione kompozycje, to będą to wspomniane już „Give”, „Astonishing Flow Of Time”, uroczy „Treehouse” oraz we wspaniały sposób zamykający to wydawnictwo „The Dream Chant”. Ale wszystkich słucha się doskonale. Najlepiej jako nieprzerwanej dziesięcioutworowej całości.

Drogi Czytelniku, lojalnie ostrzegam: gdy zasiądziesz już wygodnie, by w spokoju pobyć sam na sam z muzyką grupy Callooh Callay musisz zaopatrzyć się w wolne popołudnie i wieczór, a może nawet i kawałek nocy. Bo zgodnie z tytułem albumu ten zdumiewający upływ czasu sprawi, że nawet się nie obejrzysz, a przekonasz się, że minęło pięć kwadransów, choć myślałeś, że to zaledwie chwila… Dlatego nie dziw się, Twoja ręka bezwiednie znowu sięgnie po przycisk PLAY… Ale nie ma się czemu dziwić. Zapewniam Cię, że ani jedna minuta spędzona przy słuchaniu tego albumu nie jest czasem straconym.

MLWZ album na 15-lecie