Magenta - Revolutions

Artur Chachlowski,
ImagePiszę te recenzję trochę z rozdartym sumieniem. Naprawdę podoba mi się ten album. Skąd więc te mieszane uczucia? Dlatego, że w  niemal każdym takcie muzyki, której słuchamy na tym dwupłytowym wydawnictwie można doszukać się pewnych elementów wtórnych, od kogoś zapożyczonych, pierwiastków znanych  z wielu słynnych płyt wydanych przed wielu, wielu laty. Magenta to właściwie duet składający się z wokalistki Christiny i znanego z grupy Cyan multiinstrumentalisty Roberta Reeda. Na okładce płyty czytamy taką oto deklarację: „wszelkie skojarzenia z działającymi w przeszłości i obecnie zespołami nie są przypadkowe”. To zdanie wyjaśnia wszystko. To zdanie-klucz, bez znajomości którego z pewnością łatwo kręcić jest nosem i zarzucać tej muzyce wtórność. Na dwóch srebrnych krążkach duet Magenta pomieścił zaledwie 5 nagrań. Aż 4 z nich to wieloczęściowe suity trwające ponad 20 minut. W trakcie uważnego słuchania do uszu docierają nam klimaty znane ze starych płyt Yes, Genesis, Renaissance, Marillion, Camel, Pendraon, a nawet The Beatles i The Beach Boys. Robert Reed potrafi umiejętnie wykreować atmosferę starych dobrych dla symfonicznego rocka czasów. Mało tego, potrafi czarować słuchacza swoimi pomysłami, impresjami i improwizacjami. Na szczęście nie ma tu zbyt nachalnych i oczywistych zapożyczeń. Ale w każdej sekundzie mamy wrażenie, że Reed puszcza do nas oko , mówiąc: „to nic, że czas upływa. Wcale nie tak trudno jest dzisiaj grać taką muzykę. Wystarczy tylko bardzo tego chcieć”. Podoba mi się ta płyta. Lubię ją za wspaniały nastrój i za łamigłówkę z rozszyfrowywaniem zakamuflowanych cytatów. Podoba mi się ten pozornie mało oryginalny pomysł na wskrzeszenie ducha najlepszych czasów dla prawdziwie pięknej muzyki przez duże M.
MLWZ album na 15-lecie