D Project

DarWin - Origin Of Species

Artur Chachlowski, DarWin - Origin Of Species

Współpraca legendarnego perkusisty Simona Phillipsa z artystą ukrywającym się pod pseudonimem DarWin rozpoczęła się mniej więcej cztery lata temu, gdy Simon został poproszony o produkcję skomponowanego przez niego albumu. Zainspirowany talentem i pomysłami DarWina Phillips zaaranżował pierwszy utwór "For Humanity", który został następnie nagrany w jego prywatnym studio Phantom Recordings. I był to początek współpracy, która zmaterializowała się na omawianej dziś płycie. Do swojego grona panowie zaprosili jeszcze śpiewającego basistę Matta Bissonette (brat Gregga Bissonette) i oto otrzymaliśmy firmowane przez to trio dzieło zatytułowane „Origin Of Species”. Wypełnia je muzyka skomponowana przez DarWina i wyprodukowana oraz zmiksowana przez Simona Phillipsa, który zagrał na perkusji oraz na instrumentach klawiszowych.

Do studia nagraniowego zaproszono ponadto całą armię muzyków studyjnych, których nie sposób tutaj wszystkich wymienić. Wspomnę tylko o dwóch: o gitarzyście Gregu Howe oraz o pianiście Jeffie Babko – solowe partie w ich wydaniu w utworach „Escape The Maze”, „War Against My Mind” i „One Horizon” po prostu zniewalają. Może również podobać się wokalny udział śpiewającej pani Koko Rhods, która ładnie zinterpretowała balladę „Cosmic Rays”. Lecz przede wszystkim warto podkreślić liczne orkiestracje, które są dziełem aż kilku zatrudnionych na potrzeby nagrań płyty kwartetów smyczkowych oraz Londyńskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Matta Dunkleya. Miłośnikom orkiestrowego rozmachu aranżacyjnego polecam nagranie „The Last Chance”. To w nim chyba najwydatniej zaznaczona jest potęga smyków, z którą tak często na tej płycie mamy do czynienia. Ale też w innych utworach, jak chociażby w „Life Is A Mystery” czy „Walk Away From Earth”, delikatne pociągnięcia instrumentów smyczkowych budują niepowtarzalny album.

Tytuł płyty nawiązuje do słynnej monografii Karola Darwina „O powstawaniu gatunków”, a akcja dzieje się w przyszłości, w 2028 roku. Na Ziemi, dręczonej problemami ekologicznymi i globalnymi konfliktami, dochodzi do wydarzeń zaburzających światowy porządek i zmniejszających ludzką populację. Zmiany klimatyczne dokonały wielkiego spustoszenia i z teorii poruszanych przez naukowców i polityków przekształciły się w ogromne, realne problemy utrudniające normalną egzystencję ludzi. Przyczyniło się to do wzrostu napięć i chaosu oraz walki o źródła podstawowych surowców. Wreszcie nadchodzi 'Dzień Zero", kiedy wybuch nuklearny kończy erę obowiązywania dotychczasowej umowy społecznej między ludźmi i nacjami. Na Ziemi pozostała jedynie garstka ocalonych, którzy walczą o przetrwanie.

„Origin Of Species” to prawdziwy album – mamut. Składa się z trwających łącznie około 90 minut 17 połączonych ze sobą i podzielonych na dwa srebrne krążki, utworów. Płyta zabiera słuchacza w podróż prowadzoną przez rozmarzone i oparte na szerokiej skali wokale Bissonette’a, ciężkie w niektórych (jak w „For Humanity”), lżejsze, nasączone liryką w innych miejscach („Life Is A Mystery”, „Rise”, „Gummy Bear”, refreny w „Cosmic Rays”), a stylistycznie prowadzi nas po tak rozległych terytoriach, jak nowoczesny funk / rap-electronica („Modern Insanity”), soczysty hard rock („War Against My Mind” z aż dwiema rewelacyjnymi solówkami w wykonaniu Grega Howe’a czy zaśpiewany gościnnie przez Robbie Wyckoffa „Just One More Day”), miękkie rockowe ballady w stylu lat 80. („Rise”, „One Horizon”, „Slowly Melting”), po ambitny pop rock, czego najlepszym przykładem wydaje się być siedmiominutowe (a zarazem najdłuższe na płycie, bo reszta to zazwyczaj4-5 minutowe utwory) nagranie „Escape The Maze”, które rozpoczyna się wspaniałym intro (Simon Phillips w roli głównej!) i stawia zasadnicze pytanie przewijające się przez całą płytę: „Czy ludzkość może jeszcze zostać uratowana?”. Niewątpliwie na uwagę zasługują też chwytliwe i dalekie od sztampy czy zwykłej przebojowości, nagrania „For Humanity”, „Modern Insanity”, „One Horizon”, „Rise” czy „Taking Chances”. Sporo tego, prawda?...

Nie wiem dokładnie kim jest artysta ukrywający się pod pseudonimem DarWin. Jego strona internetowa posiada domenę sugerującą, że jest Islandczykiem, lecz żaden inny trop tego nie potwierdza. Ba, ani okładka, ani książeczka nie pomagają w rozszyfrowaniu tej zagadki. Niemniej jednak, nieważne kim jest ten człowiek, trzeba pochwalić go za świetne pomysły, ciekawe kompozycje i skuteczność w niełatwym chyba „dojściu” do Simona Phillipsa i przekonaniu go do bliskiej współpracy.

Panowie DarWin, Phillips i Bissonette w postaci „Origin Of Species” stworzyli dobry i ciekawy album, zawierający mnóstwo szlachetnie brzmiącej muzyki opatrzonej niezwykle staranną i przestrzenną aranżacją oraz „miękką” produkcją. Być może chwilami zbyt mocno osadzony jest on w tradycji AOR czy też amerykańskiego rocka, ale jeżeli za benchmark przyjmiemy stylistyczne nawiązania (i poziom!) np. do twórczości grupy Toto, to chyba nikt się nie obrazi i chętnie sięgnie po to wydawnictwo. Gorąco do tego zachęcam, bo „Origin Of Species” to kawał dojrzałej, ciekawe wykonanej muzyki w sam raz na wakacje i w sam raz dla trochę starszej (np. 40-letniej) młodzieży…

MLWZ album na 15-lecie