Gillan, Ian with The Don Airey Band and Orchestra - Contractual Obligation

Tomasz Kudelski, Gillan, Ian with The Don Airey Band and Orchestra - Contractual Obligation

Nie codziennie ukazuje się oficjalne zapis koncertu, który widziało się na żywo.

Gdy okazało się, że Ian Gillan wraz z towarzyszeniem grupy Dona Aireya oraz orkiestry symfonicznej wyrusza na podbój naszej części Europy jesienią 2016 roku miałem początkowo mieszane uczucia. Koncert Deep Purple z grudnia 2015r. z Łodzi pozostawił mnie z wrażeniem, że zmęczony życiem Gillan jechał ostatkiem sił i czekał z utęsknieniem końca występu.

Jednak pojawiające się na YouTube fragmenty jego solowych koncertów ukazywały Gillana tryskającego humorem w lepszej formie fizycznej i dobrze dysponowanego głosowo. Tak więc 19 listopada 2016r. wraz z synem stawiłem się karnie w warszawskiej Progresji i byłem świadkiem wspaniałego koncertu, w dużo bardziej intymnej atmosferze niż normalne występy Deep Purple w pokaźnych salach.

Jako support pojawiła się córka Gillana, Grace, z zespołem Papa Le Gal, który grając niesamowicie rytmiczną i radosną odmianę funk rocka doprowadził publiczność do stanu euforii pomimo bardzo odległego stylistycznie repertuaru.

Grace oraz basista Jacques Verhaeren wzmocnieni Amandą Somerville (znaną choćby z grupy Avantasia) stworzyli też żywiołowy zespół backing vocals, najlepszy jaki kiedykolwiek miałem okazję zobaczyć na żywo.

The Don Airey Band to pełen profesjonalizm na czele z rewelacyjnym basistą Laurence’em Cottle (Headless Cross - Black Sabbath), Simonen Mc Bride’em na gitarze oraz Jonem Finneganem na perkusji.

Orkiestrą dyrygował Stephen Bentley–Klein, który nie pierwszy raz stał za pulpitem dyrygenckim wspierając Deep Purple. Jedyne co się zmieniało to orkiestry, którą w Warszawie tworzyli muzycy Akademii Beethovenowskiej ściśnięci jak sardynki w puszce na małej scenie klubu Progresja.

Generalnie co do wspólnych występów zespołów rockowych z orkiestrami zdania są często podzielone. Część fanów mocnego uderzenia uważa, że pełnią one wyłącznie funkcję dość drogich syntezatorów i niepotrzebnie zmiękczają czy dodają niepotrzebnego patosu muzyce, gdzie kluczową rolę powinna odgrywać rockowa energia i dynamika i „zdrowe jebnięcie”. Ja, przynajmniej jeżeli chodzi o muzykę Deep Purple (szczególnie w jego obecnej mocno dojrzałej odsłonie) uważam, że umiejętne wzbogacanie osłuchanych często aranżacji orkiestrowymi brzmieniami przynosi rewelacyjny efekt.

W praktyce jednak najtrudniejszy jest aspekt brzmieniowy i odnalezienie dobrego balansu pomiędzy orkiestrą a zespołem na scenie, a później na płycie, jest często zadaniem karkołomnym, ponieważ nic bardziej nie przeszkadza w odbiorze muzyki niż takie pojawiające się znienacka przypływy i odpływy orkiestry lub gdzieś wybijające się przed szereg jakieś poszczególne instrumenty potęgujące raczej wrażenie chaosu niż rozwinięcia brzmienia.

Warszawski koncert pomimo pewnych początkowych trudności dosyć szybko odnalazł ten balans i pod względem zarówno nagłośnienia, jak i pracy orkiestry było całkiem dobrze, biorąc pod uwagę nieprzystosowaną do tego typu wydarzeń salę Progresji.

Trzeba też przyznać, że trasa została przez kogoś bardzo dobrze przemyślana pod kątem doboru repertuaru. Takie utwory, jak “Difficult to Cure”, “Perfect Strangers”, “Pictures of Home”, “Anya”, “Rapture of the Deep”, “A Day Late ‘N’ Dollar Short” czy nawet “When a Blind Man Cries” oraz “No More Cane on the Brazos” otrzymały dodatkowy wymiar aranżacyjny. I w konsekwencji zupełnie niespodziewanie otrzymaliśmy jedno z najciekawszych, jeżeli nie najciekawsze, wydawnictwo koncertowe z obozu Deep Purple z ostatnich dwóch dekad, a przynajmniej od czasów pamiętnej trasy Concerto z 2000r.

Solowy charakter koncertu pozwolił Gillanowi i Aireyowi na swobodniejszy dobór repertuaru. Umiejętnie zachowali oni balans pomiędzy purpurowymi klasykami, a utworami mniej ogranymi. Mamy zatem tutaj takie ciekawostki, jak „Razzle Dazzle” z płyty „Bananas” - radosny rock&roll, który jednak część fanów Deep Purple (według mnie niesłusznie) zalicza do kategorii najgorszych utworów zespołu w historii. Niespodzianką jest pełna wersja „No More Cane on the Brazos” z solowej plyty Gillana „Naked Thunder” z 1989 roku. Kolejny album Gillana, zjawiskowy „Toolbox” reprezentuje nagranie „Hang Me Out to Dry” otwierające koncert.

Efemeryczna formacja Gillana, Repo Depo, działająca w 1992r. na krótko przed powrotem Gillana do Deep Purple ma swoje 5 minut w postaci utworu „A Day Late ‘N’ A Dollar Short” dedykowanego zmarłemu perkusiście tego składu, Leonardowi Haze. Usłyszymy też dawno niewykonywany, ale w wersji z orkiestrą nabierający dodatkowego kolorytu, ‘purpurowy’ klasyk „Anya” z „The Battle Rages On”. Można też poczuć się prawie jak na koncercie Rainbow słuchając jakże energetycznego „Difficult to Cure” (w aranżacji znanej z solowej płyty Aireya). Inna sprawa, że zespół Dona Aireya deklasuje obecną inkarnację zespołu występującego jako Rainbow o kilka długości.

Utwory współczesnego Deep Purple z okresu z Morse’em w składzie reprezentuje m.in. „Rapture of the Deep” czy „Hell to Pay” z „Now What?!”, wykonane tutaj lepiej niż przez samo Deep Purple. Nie mogło też zabraknąć purpurowych żelaznych klasyków pokroju „Strange Kind of Woman”, „Lazy”, „Perfect Strangers”, „Smoke on the Water”, „Hush” czy „Black Night”, w które trochę inna formuła i nowy personel tchnęły dodatkowe życie.

Ian Gillan w Warszawie śpiewał mocnym głosem nie szarżując, ale i, co najważniejsze, nie fałszując. W wyższych rejestrach otrzymywał czujne wsparcie rodzinnego chórku. Wystarczy posłuchać wykonań „Anya” z 2016 i 1993 roku. Gillan w 2016 ma zapewne słabszy głos niż ćwierć wieku wcześniej, ale świadomy swoich ograniczeń, śpiewa technicznie dużo poprawniej. Jest w jego głosie mnóstwo emocji, zaangażowania i witalności, których czasem brakuje mu w występach z macierzystym zespołem.

Pamiętam płynącą ze sceny Progresji namiętność, pasję i wzruszenie, pomimo nieubłaganego upływu czasu, który wizualnie z Gillanem nie obszedł się najlepiej. Często gdy słuchałem innych wykonawców w repertuarze Deep Purple, to efekt bywał taki sobie. Brzmienie zahaczało często o prymitywne metalowe łojenie, tymczasem zespół Dona Aireya radzi sobie tutaj doskonale w niczym nie ustępując obecnemu składowi Deep Purple, a czasami nawet go przewyższając. Klasą sam w sobie jest basista Laurence Cottle grający mocnym jazzującym groovem oraz fenomenalną techniką i precyzją.

Z kolei Simon McBride nie jest może jeszcze gitarową osobowością z wypracowanym rozpoznawalnym stylem, ale odnajduje się tak gdzieś w pół drogi pomiędzy bardziej klasycznym stylem Blackmore’a, a bardziej fajerwerkowym Morse’a. Jego gra jest perfekcyjna technicznie, z dużym czujem, świetnym timingiem oraz dużą dawką emocji podpartą mięsistym brzmieniem. W żadnym momencie nie odczuwa się braku któregoś z purple’owych gitarzystów, a nawet osoby ceniące bardziej klasyczno-rockowe podejście do partii gitarowych mogą jego grę stawiać wyżej niż Steve’a Morse’a.

Perkusista Jon Finnigan miał chyba, mimo wszystko, najtrudniejsze zadanie i słychać, że to nie jest finezja czy technika Iana Paice’a, ale jest to wyjątkowo solidnie granie w punkt z szacunkiem dla oryginalnych wersji i bez heavymetalowych naleciałości.

Zgranie całego zespołu jest fenomenalne. Pędzi on od początku do końca jak dobrze naoliwiona maszyna umiejętnie współpracując z orkiestrą. W kilku miejscach sposób w jaki muzycy wplatają mocno techniczne i progresywne akcenty budzi szacunek dla ich umiejętności warsztatowych.

Na płytę „Contractual Obligation” składają się w sumie trzy kolejne koncerty wydane na różnych nośnikach. „Live In St. Petersburg” (Contractual Obligation #3) jest wydany na trzech winylowych krążkach (z dodanym kodem do pobrania plików mp3) i jest to zdecydowanie najsłabsza część wydawnictwa. Gillan ma spore problemy z głosem, miks jest taki sobie, a całość brzmi nie do końca przekonująco, szczególnie w kontekście pozostałych dwóch koncertów.

Wydany na Blu-ray koncert z Moskwy „Live In Moscow” (Contractual Obligation #1) to dźwiękowa poezja. Najlepsze brzmienie, świetna praca kamer, pokazująca radość i energię płynącą ze sceny, perfekcyjne zespolenie orkiestry i zespołu z naciskiem na możliwie najlepszą prezentację możliwości orkiestry. Każdy dźwięk i instrument słychać wyraźnie i można śledzić grę każdego z instrumentalistów. Gillan jest w wyraźnie lepszej formie wokalnej niż w dwa dni później w St. Petersburgu.

Natomiast na albumie 2CD oraz udostępniony w serwisach streamingowych został koncert z Warszawy „Live In Warsaw” (Contractual Obligation #2) oferując najlepszy od wielu lat głos Gillana i dobry miks z bardziej rockową prezentacją całości (orkiestra jest tutaj bardziej w tle niż przypadku koncertu z Moskwy, co w zależności od upodobań może być postrzegane zarówno pozytywnie, jak i negatywnie).

Repertuar wszystkich koncertów jest identyczny, wykonanie też zbliżone, jednak zdecydowanie wyróżniają się tutaj koncerty z Warszawy (najlepszy Gillan) oraz z Moskwy (najlepsze brzmienie ogólne, w tym orkiestry).

Czekając zatem na nowy „kolejny ostatni” album Deep Purple, który podobno został już w całości nagrany, mamy taką w sumie bardzo niespodziewaną koncertową perełkę.

Polecam.

MLWZ album na 15-lecie