Iamthemorning - The Bell

Przemysław Stochmal, Iamthemorning - The Bell

Po świetnie przyjętym trzecim albumie „Lighthouse” oraz po interesującym debiucie solowym Gleba Kolyadina przyszedł czas na kolejną płytową propozycję od rosyjskiego duetu Iamthemorning. Plejada znanych w artrockowym świecie postaci, których gościnna obecność w dużym stopniu charakteryzowała wspomniane albumy, tu została zastąpiona zespołem w większości rosyjskich instrumentalistów - gości zdecydowanie bardziej anonimowych wśród progrockowych odbiorców. Najwyraźniej przyszedł moment, w którym Marjana Semkina i Gleb Kolyadin jako Iamthemorning czują się pewnie i rozpoznawalnie – czy zawartość krążka „The Bell” może to potwierdzić?

Początek albumu jest obiecujący – „Freak Show” to mocny, dynamiczny opener, którego siłę działania potęguje bogata paleta pojawiających się jedno po drugim, jakby na dzień dobry przybliżanych odbiorcy brzmień - od harfy, przez gitary akustyczną i elektryczną po saksofon. I kiedy wydawać by się mogło, że tak eklektyczny i różnorodny brzmieniowo początek służy za uwerturę i zapowiedź dalszej imponującej dynamiki rozwoju płyty, nagle idea muzycznego konceptu Iamthemorning zaczyna celować w zupełnie innym kierunku, a właściwie… osiada w zupełnie kameralnym, rzec by można – bezpiecznie zachowawczym dla duetu muzycznym środowisku.

Nowa płyta Rosjan to ponownie koncept-album, koncentrujący się w warstwie tekstowej na temacie ludzkiego okrucieństwa, prezentowanego tu i ówdzie za pomocą toposu grobowego dzwonka – elementu wielu prawdziwych XIX-wiecznych historii ludzi pogrzebanych (mniej lub bardziej omyłkowo) za życia. Odbiorca przygotowany przez zespół, którego muzyka z płyty na płytę stawała się coraz bliższa założeniom rocka progresywnego, na koncept „fabularnie” rozwijany według schematu z akcentami zawiązania, kulminacji i podniosłego finału, tutaj może faktycznie czuć się zaskoczony. Oczekiwany po ekstrawaganckim otwarciu epicki progresywny odlot nie następuje, duet prowadzi swoje dzieło na intymnych zasadach, piosenka po piosence. Efektem nie jest co prawda ascetyczne zestawienie głosu z fortepianem, jednak zmyślnie zaaranżowane kameralne kompozycje (aż po przedostatni w programie „Salute”, imponująco przełamujący tę tendencję) w oczywisty sposób eksponują fakt, że muzyka tworzona jest właśnie przede wszystkim pod „chamber duo”, pod wokalistkę i pianistę.

Duet Iamthemorning przez ostatnie lata zrobił wiele, by wprowadzić się do czołówki współczesnego rocka progresywnego. Kontrakt z wiodącą w gatunku wytwórnią Kscope, współpraca z wielkimi nazwiskami i wreszcie coraz silniejsze tendencje progresywne, eksponowane zwłaszcza na poprzednim albumie „Lighthouse” – wszystko to pozwalało przypuszczać, że skłonny do koncepcyjnego organizowania swoich albumów duet pójdzie w klasyczną „przyczynowo-skutkową” matrycę progrockowego koncept-albumu. Okazuje się, że Rosjanie wolą pracować według własnego artystycznego widzimisię i – tutaj posiłkując się ideą XIX-wiecznych cyklów pieśni, prezentują zestaw kompozycji powiązanych ze sobą w subtelniejszy sposób. I choć „The Bell” niestety nie posiada w swoim programie utworów o flagowym dla Iamthemorning potencjale, to artystyczna pewność siebie oraz wyraźna indywidualność stylu i metody komponowania duetu zasługuje na uznanie.

MLWZ album na 15-lecie