Sylvan, Nad - The Regal Bastard

Artur Chachlowski, Sylvan, Nad - The Regal Bastard

Niedawno oglądaliśmy go w Polsce na koncertach zespołu Steve’a Hacketta, a teraz słuchamy jego solowego repertuaru. „The Regal Bastard” to w sumie już szósty album w dorobku Nada Sylvana, a wystąpili na nim m.in. Guthrie Govan, Nick D'Virgilio, Jonas Reingold, Tony Levin, no i oczywiście sam Steve Hackett. Przy wsparciu takich nazwisk nie jest zaskoczeniem, że album pełen jest wspaniałej muzyki i aż roi się na nim od fantastycznych momentów.

Choć prawdę powiedziawszy, wszystko rozpoczyna się raczej z niskiego pułapu, by nie powiedzieć, że od mało przekonywującego utworu pt. „I Am The Sea”. Zaraz po nim też nie mamy fajerwerków - „Oahu” to taka sobie piosenka o… szantowym zabarwieniu. Będący jej naturalną kontynuacją „Whoa (Always Been Without You)”, a przede wszystkim mocno swingujący „Meet Your Maker” to już utwory o większym rozmachu i o wiele bardziej przemawiające do wyobraźni progrockowego odbiorcy. Bardzo dobre wrażenie robi też trwająca ponad 12 minut, wielowątkowa, bardzo szlachetnie brzmiąca, kompozycja tytułowa. I wydaje się, że te utwory to chyba trzy najlepsze fragmenty tej płyty.

Godna uwagi, choć nie przynosząca już tak wiele radości przy słuchaniu, jest też ballada pt. „Leave Me On These Waters”, z której wyłania się instrumentalny utwór „Honey I’m Home”. W obu tych nagraniach słyszymy mistrzowskie popisy gry na gitarze: w pierwszym - w wykonaniu Guthrie Govana, a w drugim niczym klejnot brzmi finałowe solo Steve'a Hacketta.

I choć w tym miejscu płyta się kończy, to mamy na niej jeszcze dziesięć minut dodatkowej, niezwykle interesującej, muzyki. Bo paradoksalnie za najlepsze piosenkowe utwory należy uznać oba nagrania zamieszczone na płycie właśnie w charakterze bonusów: „Diva Time” oraz „The Lake Isle Of Innisfree”. Szczególnie to pierwsze brzmi wręcz wybornie i cały czas dziwię się dlaczego nie znalazło się ono w zasadniczym programie albumu „The Regal Bastard”?

Tak czy inaczej, na nowy album Nada Sylvana należy patrzeć z zadowoleniem. Różnie to bywało w przypadku jego solowych płyt, a akurat tę uważam za najrówniejszą (no, może poza niespecjalnym początkiem, ale to raczej niewiele znaczący minus) z dotychczasowych. Do charakterystycznej maniery i barwy głosu szwedzkiego wokalisty trzeba się przyzwyczaić i albo się ją zaakceptuje, albo nie. Bez względu jednak na to czy kochamy wokal Nada czy nienawidzimy, to uważam iż dobrze się stało, że otoczył się on na „The Regal Bastard” tak świetnymi muzykami. Wynoszą oni jego muzykę na niespotykany dotąd wysoki poziom.

MLWZ album na 15-lecie