D Project

IQ - Frequency

Artur Chachlowski,

ImageMniej więcej od roku, kiedy to Martin Orford ogłosił swoją muzyczną emeryturę i pożegnał się ze swoim zespołem, wszyscy zastanawiali się, jakim też będzie nowy studyjny album IQ. Wszak Orford uważany był przez wielu za prawdziwy mózg tej grupy. Co więcej, w składzie IQ od jakiegoś czasu nie ma też wieloletniego perkusisty Paula Cooka. Często padało pytanie, czy brak dwóch filarów zespołu nie odbije się na jakości przygotowywanego materiału?

Jakim zatem albumem jest płyta „Frequency”? Jakim zespołem w 2009 roku jest IQ? Czy to wciąż „AJKJU”, czy też – bez dwóch ważnych ludzi w swoim składzie - zaledwie jakieś „AJK”…?

Od razu spieszę z dobrymi wiadomościami. Płyta jest dobra, a IQ brzmi na niej jak… IQ. Wygląda na to, że w zespole tych „mózgów” było znacznie więcej niż jeden jedyny Orford. Przede wszystkim pozostał niezmieniony wokal. Pomimo pewnych kłopotów zdrowotnych, które w ubiegłym roku dopadły Petera Nichollsa, śpiewa on znakomicie, a barwa jego głosu w ogóle nie zmienia się już od ćwierć wieku. To dobry znak. Po drugie, w IQ jest wciąż wspaniały gitarzysta Mike Holmes. Jedyne w swoim rodzaju dźwięki dobywające się z jego gitary i te niezliczone melodyjne solóweczki od zawsze są niezmienną cechą charakterystyczną brzmienia zespołu. I tak w dalszym ciągu jest na płycie „Frequency”. Po trzecie, coraz mocniej rozpycha się łokciami John Jowitt. Wyraźnie słychać, że jego gitara basowa zaczyna odgrywać coraz bardziej prominentną rolę w muzyce IQ. Posłuchajcie chociażby niesamowicie efektownego, wielowątkowego utworu „Stronger Than Friction” i wspaniale współgrającej ze sobą sekcji rytmicznej. Duże brawa dla nowego perkusisty w zespole, Andy Edwardsa (ci, co widzieli koncert NEO w Teatrze Śląskim w Katowicach 31 października 2006 roku, mogli na własne oczy przekonać się o jego ogromnych możliwościach technicznych). Jak na debiut w IQ wyszedł on z tej próby obronną ręką. To samo tyczy się też nowego klawiszowca Marka Westwortha (to kolejny udany import z grupy Darwin’s Radio po Declanie Burke, który niedawno zasilił Frost*). Nie starał się on nic dodawać, ani zmieniać w brzmieniu zespołu. Trochę słychać (naprawdę tylko trochę), że na „Frequency” gra on, a nie Martin Orford, ale, generalnie rzecz biorąc, tego ostatniego wcale nie brakuje na tym albumie. Zdecydowanie większe zmiany w brzmieniu i stylu nastąpiły w IQ, gdy w połowie lat 80. odszedł Peter Nicholls i zabrakło go na dwóch płytach: „Nomzamo” (1987) i „Are You Sitting Comfortably?” (1989). Tymczasem zaś, pomimo sporych zmian personalnych, na wydanej niedawno płycie „Frequency” wszystko jest w grupie IQ na swoim miejscu. To IQ jak się patrzy. Grający swoją muzykę w charakterystyczny i sobie tylko właściwy sposób. Niepróbujący niczego niepotrzebnie zmieniać na siłę. Niepatrzący na wątpliwe mody i trendy. To naprawdę dobra wiadomość dla sympatyków tego zespołu.

Po prawdzie z samego początku płyta „Frequency” nie wywarła na mnie aż tak dobrego wrażenia, jak poprzedni, wydany pięć lat temu, album zespołu „Dark Matter”. Być może nie zawiera też ona aż tylu pomysłowych i chwytliwych „haczyków”, jak wielki come back grupy z 1993 roku w postaci krążka „Ever”, ale najnowsze dzieło brytyjskiego kwintetu postawiłbym jedynie o pół stopnia niżej na podium największych osiągnięć zespołu. (Pomijam „The Wake” i „Subterranea”, bo to wzory niedoścignione).

Postawmy sprawę jasno: „Frequency” to bardzo dobry album. Zagrany rzetelnie przez ludzi, którzy prog rock mają nie tylko we krwi, ale i w sercu. Zawiera on solidne dźwięki, które utrzymane są w tradycyjnym stylu, bez zbędnych udziwnień i niepotrzebnej pogoni za nowoczesnością. Dlatego na przykład nie ma na nim nic z tak często wprowadzanych na siłę (nawet przez niektórych progresywnych weteranów) elementów, jak metal czy ambient. Nie ma też stylistycznych wycieczek w niespodziewane rejony muzyczne, ani prób „upopowienia” repertuaru (jak to niestety bywa u innych prog rockowych gwiazd). IQ na szczęście nie przejmuje się niczym i gra po prostu swoje. „Nowy” IQ po prostu gra i brzmi jak „stary” IQ od pierwszej do ostatniej minuty tej trwającej nieco ponad godzinę płycie. A takie utwory, jak „The Province” (prawdziwy „longas”) oraz „Life Support” (to z kolei zgrabny „szortas”) to murowani kandydaci do miana przyszłych klasyków. Nie tylko w dyskografii zespołu, ale i gatunku!

Trzy sąsiadujące ze sobą utwory: „Stronger Than Friction”, „One Fatal Mistake” i „Ryker Skies” (trwają one łącznie 25 minut z sekundami) układają się w zapierającą dech w piersiach, wypełnioną wszelkimi kolorami prog rocka suitę. Jakże miło się tego słucha. Jest klasycznie. Jest miło. Jest bardzo, bardzo PROGRRRESYWNIE…

Czy na „Frequency” są zatem jakieś słabe punkty? Jest ich naprawdę niewiele. Jeżeli już mógłbym się do czegoś przyczepić, to nieco rozlazły jest początek albumu w postaci kompozycji tytułowej. Nie ma ona w sobie wystarczającej siły, takiej mocy, która podnosiłaby dachy, a rozradowanych słuchaczy stawiała na baczność. Mam wrażenie, że to utwór lekko zmarnowanych szans. No, i mam uwagi do samego zakończenia płyty. Lubię finały, od których skóra się jeży, od których powstają przyjemne ciarki na plecach, a opadniętej szczęki szuka się godzinami na podłodze. Niestety, „Closer” to zbyt spokojny utwór i trochę za mało w nim progresywnego „pieprzu i soli”. Choć przyznam szczerze, że końcowy fragment tej kompozycji budzi szacunek. Jeżeli już finał płyty powoduje pewien niedosyt, to jest to ten jego rodzaj, który powoduje, że chce się nastawić tę płytę na nowo i spędzić przy niej następną przecudowną godzinę przyjemnie lewitując w krainie magicznie i klasycznie brzmiących progresywnych dźwięków.

Jedno zdanie podsumowania? Dziewiąty studyjny album IQ to, pomimo sporych roszad personalnych, dzieło ze wszech miar udane; jedno z najwspanialszych w przebogatym dorobku zespołu.

MLWZ album na 15-lecie